Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 20

Po wyjściu od Ashton'a skierowałam się na cmentarz, na którym spędziłam dobre dwie godziny gadając do kamiennego nagrobka. Po wizycie u taty wróciłam do domu, ale zamiast wejść do środka usiadłam na werandzie. Jest początek stycznia, a ja siedzę na huśtawce w samej bluzie. Co prawda zimy w Lamar są ciepłe, ale niestety nie w tej chwili. Gdy rozmyślałam o sposobie przetrwania półtora roku w rodzinnym mieście mojego taty, poczułam na ramionach miękki materiał - koc, który jak się okazało przyniósł mój dziadek. Usiadł obok mnie i przez krótką chwilę milczał.
- Wiesz, że gdybym wiedział kim był ten chłopak nie wpuściłbym go do warsztatu, prawda? - spytał, zapewne myśląc, że to jest powodem mojego smutku
- Wiem. - szepnęłam
- Nie o to chodzi? - pokręciłam przecząco głową
- Po prostu nie chcę, żeby znowu wracali.
- Nie prawda. - spojrzałam zdziwiona na staruszka - Ty nie chcesz, żeby odchodzili.
- To to samo. Jeśli wrócą to i tak zaraz odejdą. Zawsze to robią.
- Wiem, że sprawiają ci szczęście, więc może warto dać im jeszcze szansę.
- Mieli już wystarczająco szans. - odparłam nieco mniej pewniej niż na początku
- Zastanów się jeszcze nad tym.
- Będę musiała. - oznajmiłam chowając twarz w dłoniach
- To jest jedyny powód dla którego jesteś taka smutna?
- Powiedziałam o wszystkim Alice i Ashton'owi.
- I jak zareagowali?
- Alice nie chcę mnie znać, a Ashton nic właściwie nie powiedział.
- Nie zamartwiaj się tym teraz i chodź do środka. - poprosił i wstał z huśtawki kierując się do wejścia
- Zaraz przyjdę. - kiwnął głową i zniknął za drzwiami. Podsunęłam kolana pod brodę, otuliłam się szczelniej kocem i zamknęłam oczy. Moja chwila samotności nie trwała długo, ponieważ ktoś postanowił się do mnie przysiąść. Do moich nozdrzy dotarł dobrze znany zapach, nie musiałam otwierać oczu, żeby wiedzieć kto to - Irwin.
- Przepraszam. - odezwał się i wtedy wiedziałam, że się nie pomyliłam
- Za co?
- Za to, że byłem taki oschły i cię ignorowałem.
- Okej.
Siedzieliśmy w ciszy, dość długiej ciszy, która zaczęła denerwować chłopaka, mi nie przeszkadzała.
- Więc jednak bawiłaś się w seks-przyjaciół. - spojrzałam na szatyna, który na twarzy miał zadziorny uśmieszek przez co mimowolnie też się uśmiechnęłam.
- Nie powiedziałam ci tego, przez to co mi powiedziałeś. Wiesz o tym, prawda?
- Tak. Trochę z tym przesadziłem i do końca nie to miałem na myśli...
- Ja nie jestem dziewczyną, która wtedy opisywałeś.
- Skąd to wiesz? - spytał kpiąco
- Bo nie chcę nią być.
- Przekonujesz mnie, żebym znalazł sobie kogoś na stałe, a kiedy uważam cię za materiał na pierwszą dziewczynę ty odmawiasz. Co za ironia.
- Nie mówiłam wtedy o sobie. - powiedziałam z nutą złości w głosie
- Przed wyjazdem na studia nie znajdę nikogo innego kto byłby wart mojej uwagi...
- Czuję się zaszczycona. - przerwałam mu, ale on kontynuował
-...ale chcę wiedzieć co takiego nadzwyczajnego jest w tych ''związkach'', że wszyscy je tak chwalą.
- Też chciałabym wiedzieć. - powiedziałam sama do siebie, ale Ashton do usłyszał
- Widzisz! Teraz oboje mamy szansę się dowiedzieć.
- Nie.
- Pokażesz mi jak wygląda poważny związek, a ja udowodnię ci, że nie każdy musi kończyć się tragicznie. - odchyliłam głowę do tyłu, wzdychając. To miało jakiś sens, ale wciąż nie byłam przekonana.
- Jeśli bym się zgodziła to wiesz, że ma to wyglądać jak PRAWDZIWY poważny związek? - pokiwał twierdząco głową - Zgoda.
- Co? Serio?!
- Tak. Ale obejmują nas takie same zasady jakbyśmy  naprawdę byli razem.
- Czyli?
- Przede wszystkim wierność. Musisz nauczyć się, że trzeba być wiernym osobie, z która jesteś.
- Czyli seks wchodzi w grę? - spytał cały w skowronkach
- Tak, ale daj sobie trochę na wstrzymanie.
- OK. Musisz wiedzieć, że nasz ''związek'' będzie trwał równo do dnia mojego wyjazdu na studia. Wciąż się zgadzasz? - zapytał dla pewności
- Tak. Musisz wiedzieć, że bez względu na wszystko nigdy nie będę twoja, Ashton.
- Wiem. - oznajmił, a ja wstałam z huśtawki i zmierzałam do drzwi. Gdy złapałam za klamkę zauważyłam, że chłopak stoi za mną.
- A ty gdzie się wybierasz? - zapytałam
- Idę spać z moją dziewczyną. - stwierdził szczerząc się jak głupi
- Nie, nie, nie. Idziesz do domu. - powiedziałam, dźgając go palcem w klatkę piersiową
- Przecież coś może mi się stać jak będę wracał po ciemku.
- To raptem trzy domy dalej. Poradzisz sobie.
- Nie martwisz się o swojego chłopaka?
- Dobranoc, kochanie. - pożegnałam się i pocałowałam go w policzek bardzo, bardzo blisko jego ust.
- Kusisz. - zaśmiałam się na jego słowa
- A i jeszcze jedno! - krzyknęłam, gdy Irwin się oddalał - Jest jedna rzecz, która będzie różnić nas od reszty par.
- Jaka? - zmarszczył brwi, a ja lekko się uśmiechnęłam i odpowiedziałam
- Między nami nie będzie miłości.

~~~~*~~~~
ASHTON
Nie poszedłem dzisiaj do szkoły tylko dlatego, że wróciłem do domu późno, a powodem tego była Axl. Teraz zamiast wylegiwać się na łóżku muszę słuchać opinii moich przyjaciół na temat układu z brunetką. Są bardzo szczerzy i nie ukrywają swojego niezadowolenia i zamiast się już zamknąć wypowiadają to nowe mądrości.
- Alice wciąż jest zła na Axl? - zapytałem Calum'a, przerywając Michael'owi jego monolog
- Właściwie to żałuje tego co wtedy jej powiedziała. - odpowiedział zmieszany - Ale nie zmieniaj tematu Irwin! - uniosłem ręce do góry
- To jest jeszcze gorsze od układu z Paige. - stwierdził Hemmings
- Wcześniej wam to jakoś nie przeszkadzało, więc o co wam teraz chodzi?! - czułem narastającą we mnie złość
- W waszym ''zawiązku'' ma niby nie być miłości. A co jeśli się w niej zakochasz? - odezwał się Clifford, a ja prychnąłem rozbawiony kręcąc głową - Sam mówiłeś, że przy niej czujesz się inaczej.
- Prześpimy się ze sobą i mi przejdzie. - wzruszyłem ramionami, biorąc łyk piwa
- Chodzi ci tylko o to? Chcesz ją po prostu przelecieć? - spytał brunet
- To tylko bonus.
- A co potem. Co będzie jak już zaliczysz? - kontynuował
- Nic, nasz związek będzie dalej rozkwitał.
- Skończ to zanim w ogóle się zaczęło. - odezwał się ''Luke dobra rada''
- Skończy się jak wyjadę na studia. To tylko parę miesięcy. - zostanę przy swoim, co im kurwa do tego?
- To aż kilka miesięcy. - stwierdził Hood
- Któreś z was skończy ze złamanym sercem. - oznajmił czerwonowłosy
- Zabawne. - wtrąciłem podirytowany
- Każda pieprzona książka, czy film się tak kończy. - powiedział podniesionym głosem blondyn
- Zauważ, że życie to nie jakiś pieprzony melodramat! - krzyknąłem
- Będziesz przychodził do każdego z nas pytając się co masz robić! - roześmiałem się
- Calum ma rację! Tak będzie, gdy sam zobaczysz, że zabrnęło to za daleko. - stwierdził Michael
- Spierdalajcie! - warknąłem i wyrzuciłem moich najdroższych przyjaciół z domu

~~~~*~~~~
AXL

Siedziałam naprzeciwko Trevor'a i Cole'a wysłuchując ich nic nie wartych przeprosin i obietnic bez pokrycia.
- Gdzie byliście, gdy patrzyłam jak umiera Monic i mój tata? - zapytałam od niechcenia 
- Nie zaczynaj znowu Axl. - powiedział zrezygnowany brunet
- Nie zaczynaj czego?! Znikacie zawsze, gdy coś się pieprzy, a pojawiacie, gdy jest dobrze! - krzyczałam na obu mimo, że Cole nie odezwał się nawet słowem
- Teraz jest niby dobrze! - Trevor również zaczął krzyczeć i doskonale widziałam jak zaciska dłonie w pięści, aby w nic nie uderzyć - Teraz jest szczęśliwa?! Tutaj! W tym idealnym miasteczku, w idealnym domu, z idealnym ludźmi! Nie pasujesz tutaj i sama o tym wiesz!
- Uzależniliście mnie od siebie! Myślałam, że tylko przy was jestem sobą, ale to nie prawda! Skończę szkołę i wyjadę jak najdalej od was! Najdalej od tego całego gówna!
- Wygramy tytuł mistrza w Hiszpanii i wrócimy. Obiecuję. - odezwał się Cole
- Jasne.
- Wrócimy już na zawsze. Nie odjedziemy nigdy więcej. Wrócimy w czerwcu i będziesz mogła już zawsze na nas liczyć, tylko proszę nie odpychaj nas teraz od siebie. - Trevor mówił łagodnie patrząc wprost w moje oczy
- Nie przeciągaj pożegnania. Zdecydowałeś się odejść, to idź. - szepnęłam
- Nie odchodzę, chwilowo wyjeżdżam. - posłał mi blady uśmiech
Wstałam z kanapy i skierowałam się do drzwi, niezbyt dyskretnie dając im do zrozumienia, żeby wyszli. 
- Spotkamy się jeszcze przed waszym wyjazdem, ale teraz już idźcie. - otworzyłam drzwi i zobaczyłam Michael'a i Luke'a stojących na werandzie moich dziadków. Trevor i Cole minęli chłopaków rzucając im pogardliwe spojrzenie i kierując się do swoich samochodów.
- Cześć. - przywitałam się
- Zerwij układ z Ashton'em. - odezwał się blondyn
- Dlaczego? - spytałam zakładając ręce na piersi
- Bo to idiotyzm! - krzyknął
- Miał przecież podobny układ z Paige i jakoś wam to nie przeszkadzało. - zauważyłam
- Ale was nie będzie łączyło tylko i wyłącznie łóżko.
- Miłość też nie.
- Żebyś się nie zdziwiła. - wtrącił Michael na co zmarszczyłam brwi - Po prostu to przemyśl.
Zamknęłam za nimi drzwi i udałam się do swojego pokoju. Nie mam co przemyślać. Nie zgodziłam się na to dlatego, żeby przekonać się czy Ashton ma rację, ale dla zabawy. Teraz nie mam właściwie nic do stracenia, bo i tak zaraz każdy będzie wiedział o moich błędach z Chicago, więc mogę się rozerwać. Pokaże mu jak powinien wyglądać związek z prawdziwego zdarzenia, a w zamian dostanę trochę towarzystwa i mam nadzieję niesamowity seks. Nie jestem puszczalska, czy łatwa, ale mam 17 lat, dojrzewam i mam swoje potrzeby. Z moich rozmyślań wyrwał mnie dźwięk przychodzącego SMS-a  Ash: Kiedy zaczyna się nasz związek, skarbie? Ja: Już się zaczął ;*

~~~~*~~~~

''W życiu nie chodzi o posiadanie
samych dobrych kart, ale o umiejętne
granie tymi, które już masz.''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie!
Przepraszam, ze tak dawno nie było rozdziału, ale...
Czyta to ktoś?

środa, 24 czerwca 2015

Rozdział 19

 
Pierwszy dzień szkoły po świątecznej przerwie był okropnym dniem. A oto powody dlaczego śmiem tak sądzić. Od wczorajszej ''rozmowy'' z Ashton'em chłopak unika mnie jak tylko może, zaczynając od nie przyjścia dzisiaj do szkoły i nie odbierania moich telefonów. Gdy miałam okienko nawet pofatygowałam się do jego domu, ale Sophia dość jasno dała mi do zrozumienia, że jej syn nie pojawił się dzisiaj na lekcjach, aby uniknąć konfrontacji ze mną, chociaż później zapewniała, że nie chodzi o to, a o uderzenie nowego nauczyciela przed świętami. Mi przez cały dzień udawało się skutecznie spławiać Mr. White'a.
Po drugie Irwin musiał poinformować resztę chłopaków o naszym wczorajszym spotkaniu z moimi ''starymi znajomymi'', ponieważ gdy tylko zobaczyli mnie na korytarzu od razu odwracali się na pięcie. Dlatego za radą Sydney i Miller'ów postanowiłam wyjawić wszystko rudowłosej. Spodziewałam się, że jej reakcja może być przybliżona do reakcji mojego dziadka, ale ona zamiast milczeć powiedziała wprost, bez żadnych ogródek - co jest dziwne jak na nią - że nie zamierza zadawać się z ''takimi'' osobami. Nie powiem, że to mnie nie ruszyło, ale nie tak bardzo jak powinno - w końcu przez te pięć miesięcy trochę się z nią zżyłam. Ale mam na to dobre wytłumaczenie. Gdy przez dwa lata jesteś obrzucana pogardliwymi spojrzeniami i wyzwiskami mówionymi pod nosem przez każdą osobę z osobna w całym Chicago można się uodpornić na kolejne. Najgorsze, że jutro zapewne będzie wiedziało o tym też całe Lamar. Więc jak sądzę mogę wykreślić kolejną osobę z mojej - i tak już krótkiej - listy znajomych.
Na szczęście te siedem godzin w budynku przeznaczonym do edukowania młodych ludzi już minęło. Nie mając pojęcia co ze sobą zrobić, postanowiłam udać się do osoby, którą darzę największym zaufaniem w całym miasteczku i dla której coś znaczę mimo moich wszystkich błędów, a mianowicie mojego dziadka.
Po przekroczeniu progu warsztatu moim oczom ukazał się najgorszy widok, jaki mogłam zobaczyć tego dnia - czerwony mustang rok 1967, a to oznaczało tylko jedno Trevor tu jest i nie odpuści... znowu. Gdy podeszłam bliżej pojazdu zobaczyłam GO wraz z Ezrą i dziadkiem. Nie zamierzam się kontrolować, chcę żeby zniknął jak ma w zwyczaju robić.
- Zabieraj samochód i wypieprzaj.- wysyczałam przez zaciśnięte zęby
- Axl! To klient. - upomniał mnie staruszek
- Nie obchodzi mnie to. Trevor - wyjazd. - zwróciłam się do bruneta. Dopiero teraz mogłam mu się przyjrzeć przez te parę dobrych miesięcy jego ciemne włosy zrobiły się dłuższe przez co opadały mu na czoło. Jego teraz bardziej umięśnione ramiona jak zawsze przyozdabiała skórzana kurtka, a na jego długich, chudych nogach widniały czarne rurki i ciężkie buty - po staremu.
- Przyjechałem tylko naprawić wóz i przy okazji z tobą porozmawiać. - oznajmił
- Jestem pewna, że sam możesz to zrobić.
- Jestem pewien, że możesz mi w tym pomóc. Zadzwoni się jeszcze po chłopaków. Jak za dawnych czasów, pamiętasz? - Nie! Nie zaczynaj!
- Może lepiej ich zostawmy Mark. - odezwał się Ezra
- Nie ma takiej potrzeby. Trevor właśnie wyjeżdża i już nie wróci, prawda? - spytałam retorycznie
- To jest Trevor?! - zapytał dziadek. O nie!
- Tak, ale już go więcej nie zobaczysz. - zapewniłam go - Ja też.
- Nie możesz mnie tak zbywać. Porozmawiajmy.
- Niestety, ale nie ma takiej możliwości. Zabierz swój samochód i wyjedź. - wtrącił się siwowłosy
- Nie będziesz mi mówił co mam robić! - warknął Trevor, znów włączył się jego agresor - wspomnienia wracają.
- Nie jesteś u ciebie, kolego. - upomniał go Ezra, a brunet zaczął kierować się w jego stronę z wiadomymi zamiarami. Chwilę przed zbliżającą się katastrofą stanęłam między nim, a starszym Irwinem.
- Nie zaczynaj. - poprosiłam cicho
- Axl, chcę tylko porozmawiać. - uspokoił się
- Miałeś wiele okazji i je zaprzepaściłeś... Jak zawsze.
- Wiem, kurwa wiem! Przepraszam.
- Oboje wiemy, że to nic nie znaczy i niczego nie naprawi.
- Może naprawić, tak jak zawsze.
- Nie! - nie chcę tego znowu słuchać, niech on po prostu wyjeździe
- Dlaczego? - spytał z tą swoją niewinną miną
- Bo to skończy się jak zawsze. Wyjedziesz, gdy będzie źle.
- Nie prawda.
- Prawda! Zawsze to robisz. Jesteś, gdy jest dobrze. Ostatnio było naprawdę źle, gdzie wtedy byłeś? - cisza - Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gdy mnie zostawiasz zabierasz Cole'a, którego też jest, był moim przyjacielem. Więc nie próbuj mi wmawiać, ze tym razem będzie inaczej, bo ZAWSZE kończy się tak samo. Zostawiasz mnie! Wszyscy mnie zostawiacie! - z każdym słowem moje serce biło mocniej
- Axl...
- Nie przerywaj mi! Za miesiąc są zawody w Hiszpanii. I co? Nie pojedziesz? Nie weźmiesz Cole'a? Zostaniesz ze mną? - pytałam z kpiną - Oboje znamy odpowiedź.
- Axl, ja...
- Nie! Wbiłeś mi już nie jeden nóż w plecy i nie ma tam miejsca na następne, Trevor. Po prostu wyjedź. Jak zawsze. - zaczęłam kierować się do wyjścia
- Oboje wiemy, że wrócę. - na jego słowa zatrzymałam się i odwróciłam w jego stonę
- Lepiej nie wracaj. - wyszłam
Trevor i Cole już tu są, moja matka niedługo zapewne też będzie, chłopaki mnie unikają, Alice o wszystkim wie i nie chcę mnie znać, dziadek wie, niech Irwin też się dowie. Co mam do stracenia? Za rok kończę szkołę i już tu nie wracam. Mój aktualny kierunek - dom Ashton'a.

~~~~*~~~~
ASHTON

Nie mogę ukrywać się przed Mann w nieskończoność co oznacza, że muszę iść jutro do szkoły. Ale przed tym wbiję na jakąś imprezę i zaliczę kilka lasek. Tak właśnie, taki mam plan na dzisiejszy wieczór i noc, ewentualnie wczesny poranek.
Wziąłem szybki prysznic, założyłem przetarte jeansy, koszulkę z The Rolling Stones, a włosy przewiązałem bandaną - norma. Wychodząc z łazienki na moim łóżku zastałem niespodziankę - Axl Mann we własnej osobie.
- Co tu robisz? - zapytałem oschle - Prosiłem mamę, żeby cię nie wpuszczała.
- Wiem, dlatego weszłam oknem. - powiedziała obojętnie
- Zdajesz sobie sprawę, że to włamanie?
- Nie pierwsze i nie ostatnie.
- Nie mam zamiaru zagłębiać się w twoją odpowiedź, bo nic to nie da. Więc jakbyś mogła to idź już.
- Właściwie to przyszłam, żeby ci wszystko powiedzieć. - posłałem jej pytające spojrzenie - ''Otworzyć się'' jak to ty ująłeś. I tak się o wszystkim dowiesz, jak nie od Alice to od moich starych znajomych lub mojej matki. Równie dobrze ja mogę ci o tym powiedzieć, nie mam już nic do stracenia, więc czemu nie?
- Masz 5 minut. - burknąłem
- Wystarczy. Ale najpierw zapomnij o wszystkim o czym do tej pory o mnie wiedziałeś, bo większość z tego to kłamstwa, a z pytaniami wstrzymaj się do końca.
- Czas ci mija. - brunetka usiadła po turecku i skinieniem ręki poprosiła mnie o to samo. Usiadłem na fotelu nie daleko łóżka i czekałem, aż zacznie. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, wyglądała jakby już jej na niczym nie zależało - była zrezygnowana.
- W wieku 15 lat pojechałam na mój pierwszy Silver Mob i tam poznałam Cole'a - tego blondyna, którego wczoraj spotkaliśmy. Dowiedziałam się, że bierze udział w wyścigach samochodowych, więc parę tygodni później poszłam na jeden. Tam spotkałam Trevora - bruneta. Zaprzyjaźniłam się z nimi i odwiedzałam ich częściej, aż sama zaczęłam brać w nich udział. Byłam w tym dobra, naprawdę dobra. - przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu, ale znikł tak szybko jak się pojawił - Jakoś tak wyszło, że zaczęłam spotykać się z Trevorem, chociaż to było bardziej podobne do seks-przyjaciół niż normalnego związku, dlatego skończyło się po trzech, czterech miesiącach. Za bardzo się szanowaliśmy, żeby trwać w takiej relacji. Na początku Sydney, Monic, Logan i Dylan nie pochwalali moich nowych znajomości, ale z biegiem czasu to zaakceptowali. Ścigałam się z chłopakami ponad rok, wiedziało o tym całe Chicago, matkę to nie obchodziło, a tata nic sobie z tego nie robił lub nawet nie wiedział - teraz sama nie wiem. Wyścigi były moją małą ucieczką od rzeczywistości, ale wszystko co dobre kiedyś się kończy, prawda? Z matką nigdy się nie dogadywałam i z roku na rok co raz bardziej się sprzeczałyśmy. Parę tygodni po moich 16 urodzinach pokłóciłyśmy się o jakąś drobnostkę, która skończyła się wielką awanturą, w której ostatnie słowa jak zwykle należały do mojej matki. Do dziś pamiętam jej ton głosu kiedy mówiła zdanie, które od zawsze przyprawiało mnie o mdłości i odbierało chęć do życia, a mianowicie: '' Nigdy ode mnie nie odejdziesz, beze mnie jesteś nikim''. Od zawsze mnie ciekawiło jak mój tata wytrzymywał z taką nowobogacką suką. Nie ważne. Po kłótni jak zwykle poszłam się ścigać, tym razem pojazdami były motory. Nie był to mój pierwszy wyścig na motorach, ale pierwszy przed którym byłam tak bardzo wkurwiona, chociaż nie wiem czemu, bo kłótnie z moją matką były normą. Ale chyba dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że ma rację - nigdy się od niej nie uwolnię. Wygrałam tamten wyścig, ale nie zatrzymałam się na mecie, która była kilkadziesiąt metrów przed końcem drogi zakończonej klifem. Zamiast zahamować, przyśpieszyłam. Nie wiem czemu, nie bałam się tego jak to może się skończyć. Leciałam dość długo, a upadek był równie bolesny co słowa mojej rodzicielki skierowane do mnie. Z motoru nie było co zbierać, a ja skończyłam w dwutygodniowej śpiączce z blizną na plecach. Gdy się wybudziłam miałam sprawę w sądzie i zamiast wylądować w poprawczaku dostałam zakaz zrobienia prawa jazdy do 21 roku życia, co zapewne było zasługą mojej matki. To był pierwszy raz kiedy Trevor odszedł zabierając ze sobą Cole'a, ale wrócili po trzech miesiącach. Znów zaczęłam się ścigać, ale dużo mniej, chłopaki nie pozwalali mi nawet zbliżać się do jakichkolwiek pojazdów. Wtedy poznałam Jimmy'ego. Trevor mnie ostrzegał, ale ja jak zwykle nie chciałam nikogo słuchać. Zapowiadało się na zwykły, niewinny, nastoletni związek, ale szybko zorientowałam się jak bardzo toksyczna była ta relacja. Jimmy był dilerem i również ćpunem. Ja też zaczęłam brać, nie były to jakieś twarde narkotyki, ale jednak szybko stały się nałogiem. W kwietniu dostał nowy towar, który ja przetestowałam. To była jakaś mieszanka halucynogenów i nie wiem jakim sposobem, ale udało mi się samej wrócić do domu, w którym była wtedy tylko moja matka. Narkotyki wciąż dobrze działały, a ona zaczęła wszczynać kłótnie, gdy zdała sobie sprawę, że nie otrzyma ode mnie żadnego odzewu zaczęła mnie po prostu wyzywać. Ja natomiast usiadłam na zimnych kafelkach w kuchni, chwyciłam nóż i zrobiłam jedno, proste, głębokie cięcie na ręku. Patrzyłam jak strużki krwi wędrują po mojej kończynie i kapią na podłogę - ja się wykrwawiałam, a ona krzyczała. Gdyby nie Millerowie nie byłoby mnie tutaj. Po przewiezieniu mnie do szpitala tata zdecydował, żeby wysłać mnie na odwyk, ale najpierw ja musiałam wyrazić na to zgodę. Nie miałam nic przeciwko, wtedy mogłabym być jak najdalej od kochanej mamusi, ale ona nie mogła na to pozwolić. Co prawda poszłam na odwyk, ale nie leczyli mnie tam jak osoby uzależnionej, ale niezrównoważonej psychicznie. Nie masz pojęcia jak to jest, gdy zdrowego człowieka faszerują jakimiś lekami i na siłę próbują z niego zrobić osobę psychiczną. Ja wiem jak to jest, chociaż wolałabym nie wiedzieć. Siedziałam tam dwa miesiące, dwa, jebane miesiące wmawiana jak to bardzo jestem niebezpieczna dla siebie i otoczenia. To był drugi raz kiedy Trevor i Cole mnie zostawili, wrócili w moje 17 urodziny i zaraz znowu odeszli po tym cholernym dniu, który zniszczył wszystko do końca. Gdy wyszłam z Long Way Hospital nie ścigałam się, nie ćpałam, byłam przykładną uczennicą i córką, a mimo to codziennie spotykałam się z pogardliwymi spojrzeniami całego Chicago. W pierwszy dzień wakacji razem z Sydney pojechałyśmy po Monic. Widziałeś ją - to ta brunetka ze zdjęcia - kiwnąłem głową na potwierdzenie, że pamiętam i nadal ją słucham - Gdy przechodziła przez ulicę, aby wsiąść do naszego samochodu, została potrącona - śmiertelnie. W szpitalu jej ojciec powiedział jej mamie, że skoro Monic nie ma, nic ich już nie łączy i chcę zacząć nowe życie, z nową kobietą u boku, którą jak się okazało była moja matka. Chciałam wyjaśnień, których żadne z nich nie miało zamiaru mi dać. Jak jakaś para popierdolonych kochanków, rodem z jakiegoś taniego melodramatu uciekli ze szpitala ku nowemu życiu. Wybiegłam za nimi i wtedy zobaczyłam jak ciężarówka masakruje samochód mojego taty, który za chwilę stanął w płomieniach. Przez wakacje mieszkałam u Sydney, a później przyjechałam tutaj. Miesiąc temu Jimmy nie przetrwał odwyku i zmarł. Wczoraj Trevor i Cole znów się pojawili i póki co nie mają w zamiarze znikać, niestety. Teraz wiesz wszystko. - wstała z mojego łóżka i zaczęła kierować się do wyjścia, na szczęście w porę oprzytomniałem
- Skoro twoja mama nie jest w Europie, to gdzie jest? - zapytałem
- Nie wiem. Podobno sprzedała dom, więc musi być gdzieś w pobliżu.
- Co takiego zrobił Trevor, że za każdym razem pozwalasz mu wracać, chociaż i tak wiesz, że odejdzie? - spytałem ze szczyptą kpiny i złości w głosie, ale nie było to zamierzone.
- To proste. Poświęcił mi tyle czasu, że poczułam się ważna. Masz jeszcze jakieś pytania?
- Póki co nie. - po tych słowach opuściła mój pokój, a ja zrezygnowany z kolejnym natłokiem myśli opadłem na łóżko, aż nie usłyszałem cichego pukania, a następnie mojego taty stojącego w progu
- Może nie powinienem podsłuchiwać, ale...
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? - przerwałem mu
- Bo sam nie wiedziałem o wszystkim. Jason mówił, że Axl miała jakiś wypadek, a później wpadła w jakieś szemrane towarzystwo. To wszystko, gdybym wiedział...
- Nie pozwoliłbyś mi się z nią zadawać. - dokończyłem za niego
- Nie! To że narobiła parę głupot nie skreśla jej, zwłaszcza dlatego, że nie lekko się na tym przejechała. Powiedziała ci to, ponieważ uważa, że nie ma nic do stracenia. Więc zamiast tutaj siedzieć i wmawiać sobie jak bardzo jesteś na nią zły i nie masz zamiaru więcej się nią przejmować to idź do niej i pokaż, że się myli. Że może stracić jeszcze wiele i żeby o tym pamiętała. - skończył i kierował się ku wyjściu, a ja z powrotem opadłem na miękki mebel - Rusz dupę, synu i idź!

~~~~*~~~~

'' Po roku terapii, mój
psychiatra powiedział do mnie:
'Może życie nie jest dla każdego.'.''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie!
Z okazji tego, że za godzinę rozpoczyna się dzień moich urodzin postanowiłam podzielić się z wami nowym rozdziałem.
Jak wam się podoba? Liczę na komentarze, ale to już wiecie.
Bardzo chciałabym podziękować osobom, które zostawiają po sobie ślad regularnie oraz za to, że dzięki Wam na blogu wybiło 3000 wyświetleń! Dziękuję!
Do zobaczenia :-]

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 18

Dziś jest ten dzień, w którym znów muszę pożegnać się z Sydney. Tak bardzo nie chcę żeby wyjeżdżała, ale co ja mogę. Następnym razem zobaczymy się dopiero w czerwcu, chyba że uda mi się wcześniej pojechać do Chicago, na co nie mam najmniejszej ochoty, ale miałabym wtedy okazję odwiedzić Monic.
Pożegnanie z Sydney nie należało do najlepszym, ponieważ Michael powiedział jej o incydencie z Gregiem. Brown nieźle się wkurzyła, ale nie dlatego, że dowiedziała się o tym po paru miesiącach, ale o to, że nie dowiedziała się o tym ode mnie. Przez dobre pół godziny słuchałam jej wyrzutów i obelg skierowanych w moją stronę, ale koniec końców skończyło się płaczem spowodowanym kolejnym rozstaniem ze mną. Mimo wszystko miałam wrażenie, że bardziej niż za mną będzie tęsknić za Cliffordem i chwilami spędzonymi z nim. Przed wyjazdem Brown'ów poprosiłam Ashley, aby porozmawiała z moim dziadkiem o rozmowie, którą przeprowadziłam z nim podczas Wigilii, ponieważ od tamtego czasu nie chciał nawet na mnie spojrzeć. Po długim i czułym pożegnaniu z jednymi z najważniejszych dla mnie osób, skierowałam się do pokoju, aby przebrać się na wyjście z Ashton'em. Założyłam czarne rurki i bluzkę, a na to dżinsową kurtkę. Zważając na to, że dochodziła 17 pod kurtkę założyłam jeszcze ciepłą, szarą bluzę. Moje loki związałam w kucyka i usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości, Ashton: ''Czekam, Rose.''. Schowałam telefon do kieszeni i ruszyłam do wyjścia. W domu był tylko dziadek, który siedział w salonie i oglądał telewizję.
- Wychodzę, nie wrócę późno. - rzuciłam nie oczekując odpowiedzi
- Axl! - odezwał się. Odezwał się pierwszy raz od tygodnia. - Rozmawiałem z trenerem.
- Dziękuję.
- Mogłabyś dać mi listę leków, które bierzesz? Jadę jutro do sąsiedniego miasta i mogę je kupić jeśli chcesz.
- Tak. Dziękuję. Zaraz ją przyniosę. - w mgnieniu oka z powrotem znalazłam się przy dziadku wręczając mu listę leków i bez słowa wtuliłam się w niego tam mocno jak mogłam - Przepraszam.
- Wiesz, że mogłaś powiedzieć mi powiedzieć wcześniej?
- Wiem. Ale bałam się, że jak się dowiecie nie pozwolicie mi tu mieszkać i będę musiała błagać matkę, żeby wróciła i...
- Gdybym wiedział nigdy nie pozwoliłbym, żebyś z nią mieszkała. Rozumiesz?
- Tak, dziękuję.
- Nie dziękuj tylko idź już. - powiedział lekko się uśmiechając, a ja zrobiłam to co kazał
Na zewnątrz stał Irwin oparty o swojego pick up'a, który uważnie skanował mnie wzrokiem.
- Ile można na ciebie czekać? - spytał całując mnie w policzek, co nie jest u niego normalne
- Nie przesadzaj i powiedz mi gdzie jedziemy. - powiedziałam wsiadając do samochodu
- Mówiłem. Do mojej pracy.
- A gdzie dokładnie?
- Zobaczysz. - westchnęłam z frustracją
Jechaliśmy dobre kilkadziesiąt minut bez słowa, wsłuchując się w głos James'a Hetfield'a*. Patrzyłam w widok za oknem póki nie poczułam, że ręka chłopaka siedzącego obok mnie znalazłam się na moim kolanie. Bez chwili wahania zrzuciłam ją, ale szatyn ponowił swój wcześniejszy czyn i zaczął sunąć swoją dłonią co raz wyżej.
- Nie zapominasz się? - spytałam z lekką irytacją w głosie
- Z tego co pamiętam wczoraj prosiłaś, żebym cię dotykał.
- Miałeś mi pokazać jak bardzo chcesz mnie pocałować i to ty wybrałeś taki sposób, a nie inny.
- Okey. Więc pokaż jak bardzo chcesz mnie pocałować. - powiedział z seksowną chrypką
- Nie chcę cię pocałować - oznajmiłam krzyżując ręce na piersi
- Jeszcze. - stwierdził i puścił mi oczko, zabierając rękę z mojego kolana przez co poczułam nie przyjemny chłód. Chwilę potem Ash zaparkował. Gdy wysiadłam moim oczom ukazało się miejsce, o którym nigdy w życiu nie pomyślałabym jako o miejscu pracy Irwina.
- Czy to stajnia? - spytałam nie kryjąc zaskoczenia
- Jak widać.
- A gdzie twój rumak? - zażartowałam
- W spodniach. - szepnął mi do ucha lekko je przygryzając
Weszliśmy do stodoły gdzie była słychać i czuć nie wielką liczbę koni. Konie są pięknymi zwierzętami, a każdy kolejny był piękniejszy od poprzedniego. Moje obserwacje przerwał zachrypiały głos staruszka zbliżającego się do nas z olbrzymim uśmiechem na twarzy.
- Synu! Jak dobrze cię widzieć. - powiedział obejmując chłopaka
- Ciebie też. Jak się czuję Emily? - spytał szatyn
- Z dnia na dzień co raz lepiej. Co tutaj robisz? Nie pracujesz dzisiaj.
- Wiem, ale chciałem komuś pokazać gdzie spędzam większość mojego czasu. - wyciągnął do mnie rękę, abym podeszła bliżej - To jest Axl.
- Miło mi. - przedstawiłam się, a staruszek przyciągnął mnie do siebie
- Cieszę się, że mogę cię wreszcie poznać. Wiele o tobie słyszałem. - spojrzałam na Ashton'a, który speszony kopał jakiś kamyk - Zapewne chcesz pokazać jej ''swoje'' miejsce, więc nie będę was zatrzymywał.
Chłopak nie czekając złapał mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą. Mijaliśmy kolejne konie, aż znaleźliśmy się przed drabiną, która prowadziła do pomieszczenia, w którym znajdowało się siano.
- Więc... - zaczęłam, gdy znaleźliśmy się na górze - Dlaczego mnie tu przywiozłeś?
Nie uzyskałam odpowiedzi, zamiast tego zostałam popchnięta na ścianę.
- Pokaż jak bardzo chcesz mnie pocałować. - szepnął
- Nie chcę. - powiedziałam drżącym głosem
- Chcesz - stwierdził i pocałował mnie w zgłębienie szyji
Rozmawialiśmy długo, bardzo długo o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. Dowiedziałam się staruszek ma na imię Fred, a Emily, o której wspominali to jego żona, która dwa tygodnie temu złamała nogę. Gadałam z Irwin'em, jak ze starym znajomym. Bez trudu znaleźliśmy wspólny język, przez co czas zleciał nam naprawdę szybko i nim się obejrzałam było po 21. Stałam oparta o drewnianą poręcz, aż szatyn stanął na przeciw mnie, a ręce oparł po obu moich stronach, zamykając mnie w ''pułapce''. Na jego twarzy zawitał dobrze mi znany cwany uśmieszek. Przysunął się jeszcze bliżej, aż nasze ciała się stykały, a nasze twarze dzieliły milimetry, chociaż chciałam, żeby między nimi nie było żadnej przestrzeni. Złapałam jego dolną wargę między zęby zanim zdołał się odsunąć, ale po chwili ją puściłam.
- Nadal nie chcesz mnie pocałować? - droczył się ze mną, a stał tak blisko, że nasze wargi stykały się, gdy mówił
- Dlaczego sądzisz, że chciałabym? - nic nie odpowiedział, tylko zachłannie wpił się w moje usta, co nie trwało długo, ponieważ przerwał nam zachrypiały głos dochodzący z dołu
- Ashton! Zamykam!
- Kiedyś to dokończymy i nie pozwolę, aby ktokolwiek nam przerwał. - powiedział i złożył krótki pocałunek na moich ustach. - Idziemy.
Stajnia, w której pracował chłopak znajdowała się w innym miasteczku, więc podróż do Lamar trochę trwała. Dziwił i niepokoił mnie fakt, że cały czas trzymałam dłoń szatyna i podobało mi się to. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasteczko sąsiadujące z Lamar do moich uszu dobiegł dobrze mi znany ryk silników. Chwilę później mogliśmy dojrzeć masę ludzi i szybkich samochodów, to oznaczało tylko jedno - wyścig. W mgnieniu oka naszą dalszą drogę zatorował jakiś samochód.
- Zawróć. - poleciłam, ale tył również był już zastawiony. Mój strach narastał.
- Czego oni chcą?
- Chcą, żebyś się ścigał. - powiedziałam cicho, a chłopak wysiadł z samochodu, ja zaraz za nim
- Masz jakiś problem gościu?! - warknął Irwin do młodego chłopaka, wysiadającego z jednego z blokujących nas samochodów
- Ścigasz się. - powiedział pewnie
- Nie, nie ścigam. - Irwin został popchnięty na samochód, ale zaraz odepchnął napastnika
- Ash, daj spokój. - szepnęłam do szatyna
- Colin! Co ty znowu odpierdalasz?! - krzyknął ktoś z tłumu, a ja doskonale znałam ten głos. Kurwa! Mam przejebane... - Axl?! Tak się cieszę, że cię widzę! - krzyknął Cole*, a ja od razu cofnęłam się, gdy on podszedł bliżej
- Ashton, jedziemy. - zwróciłam się do Irwina
- Proszę zaczekaj, musimy porozmawiać i...
- Nie! Nie zasługujesz na to. Ani ty, ani on - doskonale widział o kim mówię - A teraz powiedź swojemu przydupasowi, żeby nas przepuścił.
- Musi się ścigać. - oznajmił przydupas
- Ja będę się ścigać. - stwierdziłam
- Nie! - warknął Cole, ale nie przejęłam się tym i skierowałam się na tor. Blondyn z całej siły starał się mnie odciągnąć, ale na marne. Nim się obejrzał siedziałam już w samochodzie i wystartowałam. Dobrze mi znane uczucie adrenaliny ogarnęło całe moje ciało, gdy byłam wciskana w fotel przez wciąż rosnące kilometry na liczniku. Tak bardzo za tym tęskniłam. Wygram, jak zawsze.

~~~~*~~~~
ASHTON

Nie wiedziałem co się wokół mnie dziej odkąd zdałem sobie sprawę, że Rose zna jednego z tych facetów. Stałem obok niego i czekałem, aż brunetka skończy wyścig. Cholernie się bałem, że coś się jej stanie, przecież ona nie ma nawet prawa jazdy.
- Colin ma przejebane. - stwierdził jakiś gość stojący niedaleko mnie
- Trevor* go zajebie. - powiedział drugi
- Nie tylko on. - odezwał się facet, który zna Mann
- Trevor idzie! - krzyknęła jakaś dziewczyna, a chwilę później obok pojawił się wysoki brunet, który z pewnością należał do tych, z którymi się nie zadziera
- Colin znalazł w końcu jakiegoś przeciwnika? - spytał
- Znalazł Axl. - powiedział cicho blondyn, jakby nie chciał, żeby Trevor w ogóle to usłyszał
- Co kurwa?! - wrzasnął tak głośno, aż się wzdrygnąłem. Nie uzyskał żadnej odpowiedzi, bo wyścig się skończył, a tłum zaczął skandować imię Axl. Skąd ci ludzie ją w ogóle znali? Dziewczyna z trudem przecisnęła się przez tłum i znalazła obok mnie. Za nią szedł wkurwiony chłopak, który wcześniej nie chciał nas przepuścić.
- Nie tak szybko dziwko! - krzyknął w stronę Mann
- Nie mów tak do niej. - warknął wysoki brunet i jednym ciosem go znokautował - Axl, zaczekaj - powiedział już spokojnie, łapiąc brunetkę za rękę
- Nie dotykaj mnie! - warknęła, a jej spojrzenie przepełnione było jadem - Jedziemy. - oznajmiła i chwilę później znajdowała się już w samochodzie.
Przez całą drogę do Lamar milczeliśmy. Rose tępo wpatrywała się w widok za oknem, a ja nie widziałem co powiedzieć. Cały czas przetwarzałem sobie co właściwie wydarzyło się kilkanaście minut wcześniej. Zatrzymałem się na swoim podjeździe i nie zdążyłem otworzyć ust, a dziewczyna wyskoczyła z auta i skierowała się do domu dziadków.
- Zaczekaj! - krzyknąłem doganiając ją - Powiesz mi o co tam chodziło? 
- Nie. - ucięła krótko
- Kim byli ci faceci?
- Nieważne. 
- Kurwa, Axl!
- Czego chcesz Ashton? - zatrzymała się 
- Nie zachowuj się tak w stosunku do mnie, nie zbywaj mnie kiedy w jakiś sposób próbuje ci pomóc.
- Nie potrzebuje pomocy.
- Sama siebie okłamujesz. Jesteś jak mała, zagubiona dziewczynka.
- O co ci chodzi? - zapytała zrezygnowana
- Pamiętasz jak miałem zdradzić ci swoją tajemnicę. Jestem pewny, że ty ze swoją mnie okłamałaś.
- Nie mam na to czasu. - powiedziała i zaczęła znów iść, ale ją zatrzymałem
- Chcę, żebyś była dziewczyną, z którą będę chodził na randki, całował kiedy tylko będę chciał, będę wolał przytulać się na starej kanapie zamiast iść na imprezę. - zacytowałem jej słowa - Chcę, żebyś była moja. To jest moja tajemnica, Rose, ale nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, a ja nie mam zamiaru latać za tobą i prosić o twoją uwagę, jeśli chociaż trochę się przede mną nie otworzysz. Nie później - teraz.

~~~~*~~~~

'' Nie jestem już dzielny, kochanie.
Jestem złamany.
Oni mnie złamali.''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

*James Hetfield - wokalista zespołu ''Metallica''
* Cole
*Trevor

Witajcie!
Bardzo przepraszam was za ten rozdział. Wydaje mi się, że jest strasznie beznadziejny.
Ale liczę na wasze opinie w komentarzach.
Bardzo proszę zostawiajcie po sobie jakikolwiek ślad i bardzo dziękuję tym, którzy to robią.
Do zobaczenia ;-]

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 17

- Nie mogę uwierzyć, że moja mama ''randkuje''. - żaliła się Syndey - Słyszysz jak dziwnie to brzmi?
- Nie przesadzaj. Nick jest spoko.
- Może i jest. Ale to nie ty widziałaś jak wymieniają się śliną w kuchni u twoich dziadków.
- Widziałam jak pieprzyłaś się z Michael'em na tyłach jego samochodu. Jak myślisz kto miał gorsze widoki?
- Nie masz pojęcia co on umie zrobić z...
- Nie chcę wiedzieć. - przerwałam jej i nacisnęłam dzwonek do drzwi Hemmings'a
Jest sylwester, a właściwie za 30 minut już Nowy Rok. Z tej okazji Luke postanowił zrobić dość huczną imprezę. Stojąc przed domem bez trudu można było usłyszeć muzykę oraz poczuć alkohol zmieszany z dymem papierosowym. Drzwi w końcu się otworzyły, a w nich stanął tym razem niebieskowłosy Clifford, który od razu rzucił się na blondynkę stojącą obok i przy okazji popychając mnie na ścianę.
- Pociągająco wyglądasz w tym nowym kolorze. - zaszczebiotała Brown
- Wiem jak możemy to wykorzystać. - odpowiedział chłopak i wiedziałam, że nadszedł czas, aby się od nich oddalić.
- Witaj piękna. - szepnął mi do ucha nikt inny jak Luke
- Witaj przystojniaku.
- To dla ciebie. - powiedział podając mi plastikowy kubeczek po brzegi wypełniony piwem - Zostałbym z tobą dłużej, ale tamta laska w niezbyt dyskretny sposób pokazuję jaką ma na mnie ochotę, więc nie obrazisz się jak z tego skorzystam, prawda?
- Droga wolna, ale pamiętaj o gumkach.
- Nie martw się. Dobrej zabawy! - rzucił na pożegnanie i zniknął za rogiem wraz z nową zdobyczą
Siedziałam na sofie co chwilę popijając nowe procenty. Po obejrzeniu pokazu fajerwerek, wysłuchaniu noworocznych życzeń od nastolatków ledwo trzymających się na nogach i wypiciu kilku kubków piwa skierowałam się na piętro, które na szczęście było opustoszałe. Otworzyłam pierwsze drzwi, które rzuciły mi się w oczy i weszłam do ciemnego pomieszczenia. Zapaliłam światło, a moim oczom ukazał się jak sądzę pokój Luke'a, który niczym nie różnił się od pokoju zwykłego siedemnastolatka. W rogu stała gitara akustyczna do której od razu się pokierowałam i delikatnie przesunęłam palcami po strunach otrzymując cichy, kojący moje uszy dźwięk.
- Nie zgubiłaś się? - dobiegł mnie znajomy głos. Gdy się odwróciłam napotkałam wzrok Ashton'a kusząco opierającego się o framugę.
- A ty? - spytałam zakładając ręce na piersi
- To dom mojego przyjaciela, więc mogę być gdzie chcę. - oznajmił podchodząc bliżej i zamykając za sobą drzwi - Zagraj mi coś. - powiedział wskazując na gitarę
Bez żadnego sprzeciwu wzięłam instrument do ręki i usiadłam na skraju łóżka zaczynając grać dobrze mi znaną melodię. Poczułam jak łóżko się ugina, co oznaczało, że chłopak siedzi tuż za mną, ale nie zwracałam na to uwagi i kontynuowałam, dopóki nie poczułam jak jego wargi spotykają się z moją szyją.
- Przestań. - szepnęłam
- Chcesz tego. - stwierdził nie przerywając czynności
- Raczej ty tego chcesz. - powiedziałam odwracając głowę i patrząc w jego orzechowe oczy
- Tak myślisz?
- Ja to wiem. - oznajmiłam przybliżając swoją twarz do jego - Chcesz mnie pocałować.
- Nie. - powiedział przysuwając się bliżej
- Nie? - podpuszczałam go, a on położył rękę na moim policzku w zamiarze pocałowania mnie, ale w ostatniej chwili odwróciłam głowę, przez co jego usta spotkały się moim policzkiem.
Teraz się zabawimy. Wstałam odchodząc kilka kroków od łóżka, na którym siedział Irwin z zdezorientowanym spojrzeniem. Zaczęłam guzik po guziku odpinać moją flanelową koszulę pod którą nie miałam nic poza czarnym, koronkowym stanikiem. Nawet z takiej odległości widziałam jak chłopakowi ciemnieją oczy, oznaczając jak bardzo podniecony jest w tej chwili.
- Pokaż jak bardzo chcesz mnie pocałować. - powiedziałam najseksowniej jak potrafiłam podchodząc do szatyna
- Żartujesz? - spytał nie dowierzając
- Nie tym razem. - oparłam się rękami o jego kolana i przejechałam językiem po jego uchu. Wyprostowałam się stając między jego nogami. Doskonale czułam jak jego przyśpieszony oddech odbija się od mojego nagiego brzucha. Po chwili zastanowienia wciąż niepewnie zaczął kreślić językiem kółka wokół mojego pępka patrząc na mnie z dołu. By dać mu do zrozumienia, że mówiłam poważnie wplotłam palce w jego włosy. Po tym geście ułożył swoje dłonie na tyle moich nóg i powoli sunął w górę, aby zacisnąć je na moich pośladkach. Przysunęłam się bliżej, aż nagle wstał przez co musiałam się cofnąć. Tym razem to ja byłam tą zdezorientowaną. Przez chwilę patrzył na mnie wzrokiem przepełnionym pożądaniem, a następnie ściągnął przez głowę swoją koszulkę i podniósł mnie rzucając na łóżko. Całował, lizał i przygryzał całą moją szyję, dekolt, brzuch, ugniatał moje piersi i rozkoszował się każdym pojedyńczym jęknięciem wychodzącym z moich ust. Przewróciłam go na plecy i ułożyłam nogi po jego bokach. Całowałam i masowałam jego tors z niezwykłą czułością oraz ocierałam się o jego kroczę. Palcem przejechałam po jego podbrzuchu i zahaczyłam o pasek od spodni.
- Ash... - szepnęłam w jego szyję przez co bardzo, ale to bardzo dobrze mogłam poczuć jego zadowolenie. Nie chcąc go dłużej męczyć nachyliłam się, a nasze usta dzieliły dosłownie milimetry i wtedy otworzyły się drzwi, a w nich stanął jakiś chłopak ledwo trzymający się na nogach.
- Wypierdalaj! - warknął Ashton mocno zirytowany zaistniałą sytuacją co wywołało u mnie rozbawienie. Zauważył to i ukazał mi rząd swoich białych zębów. Nie patrząc czy chłopak już wyszedł przewrócił mnie z powrotem na plecy. Leżał między moimi nogami, napierał na mnie całym ciałem, a nasze ręce splótł razem. Owinęłam nogi wokół jego bioder i wpiłam się jego spragnione wargi. Nasze języki bez trudu się odnalazły. Ashton przygryzł moją dolną wargę lekko za nią ciągnąc.
- Uważaj bo zrobisz mi kolejną bliznę. - powiedziałam przerywając pocałunek
- Przynajmniej mam pewność, że mnie nie zapomnisz. - odpowiedział i znów przyparł do moich warg zachłannie je całując. Nie trwało to długo, bo usłyszeliśmy jak ktoś bezskutecznie ciągnie za klamkę.
- Zajebie go. - warknął prosto w moje usta
- Byle szybko.
W drzwiach stanął zalany Hemmings z uśmieszkiem błąkającym się na jego twarzy.
- Porno live w moim pokoju? Lubię to. - wybełkotał
Razem z Irwinem zeszliśmy z łóżka i położyliśmy na nie leżącego już na podłodze blondyna po czym wyszliśmy z pokoju. Dopiero teraz miałam okazję zapiąć moją koszulę, ale moje poczynania przerwał brunet.
- Daj mi jeszcze trochę popodziwiać. - zażartował, a ja wzięłam jego dłonie w swoje i położyłam na moich piersiach - Ile dzisiaj wypiłaś?
Pomógł mi zapiąć do końca koszulę i przycisną mnie do ściany atakując moją szyję.
- Zarezerwuj dla mnie jutrzejsze popołudnie.
- Mówiłam ci, że...
- To nie będzie randka. - przerywa mi - Chcę ci tylko coś pokazać.
- OK.
Wróciłam do domu i od razu rzuciłam się na łóżko po raz pierwszy nie myśląc o niczym.

~~~~*~~~~

''I'M  fine, Don'y
worrY
everythING is
okay.''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie!
Wiem, że rozdział jest krótki, ale to taka rekompensata za to, że musieliście tak długo czekać na 16 rozdział i że w następny weekend nie pojawi się nowy.
Jak zawsze liczę na wasze opinie w komentarzach
Do zobaczenia ;-]

piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział 16


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Od ''wybuchu'' Ashtona nie miałam z nim żadnego kontaktu. Z jednej strony to dobrze, nie miał okazji by znów mieszać mi w głowie, ale nie zmienia to faktu, że tkwi w niej cały czas. Przez te 2 dni siedziałam sama w pokoju, ponieważ żadna z moich przyjaciółek nie raczyła nawet ze mną porozmawiać. Alice całe dnie spędzała ze sowim najlepszym, najcudowniejszym i  najsłodszym chłopakiem na świecie, a Sydney co chwile wychodziła spotkać się z Michaelem i każdy doskonale wiedział na czym polegały te spotkania. Nie przeszkadza mi jaka ''relacja'' łączy moją przyjaciółkę z jakimkolwiek chłopakiem dopóki nie używają mojego łóżka. 
Dzisiaj Wigilia. W Lamar tradycją jest wielkie wigilijne przyjęcie w jakiejś hali, więc najwyższy czas, żeby podnieść się z łóżka. Sydney już od 30 minut blokuje mi łazienkę. Co ona tam robi? Nawet gdyby wyszła w worku na ziemniaki Clifford i tak by się na nią rzucił. Gdy nałożyłam na siebie starą bluzę, drzwi łazienki się otworzyły, ale nie takiego widoku się spodziewałam. W moim pokoju nie stała moja stara Sydney - zawsze uśmiechnięta, z perfekcyjnym makijażem i fryzurą, zamiast niej była Sydney, którą widziałam kilka razy w życiu i nienawidziłam tego widoku. Miała cała zapłakaną, opuchniętą twarz i czerwone od łez oczy. 
- Axl... - zaczęła drżącym głosem, a ja podeszłam bliżej - Zapominam... - kontynuowała, a ja już wiedziałam o co jej chodzi. Przytuliłam ją najmocniej jak umiałam, bojąc się, że zaraz się rozpadnie - Nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy, jej śmiechu. Tak bardzo za nią tęsknie.
- Wiem, Sydney. Ja też.
- Jak ty możesz sobie radzić po tej przeprowadzce, przecież nikogo tutaj nie znasz. Gdyby nie było Dylana i Logana już dawno bym sobie coś zrobiła.
- Hej, nawet tak nie mów. - powiedziałam ocierając jej policzki
- Potrzebuję cię w Chicago. Potrzebuję Monic.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie. Gdy kogoś tracimy, ten ktoś nas nigdy nie opuszcza. Trafia do szczególnego miejsca w naszym sercu. W tym właśnie miejscu jest właśnie Monic. Rozumiesz?
- Ale ja chcę ją tutaj. - załkała
- Wiem, ja też. Ale proszę nie płacz już.
- Jak ty to robisz? - spytała patrząc mi prosto w oczy
- Co?
- Nie płaczesz.
- To jedyne czego nauczyła mnie matka. - odpowiedziałam obojętnie
- Wróciła.
- Co?
- Twoja mama. Wróciła. Sprzedała dom.
- Nie przyjedzie tu dopóki nie skończą się jej pieniądze.
- A gdy się skończą i do ciebie przyjedzie. Tak po prostu oddasz jej prawa do warsztatu twojego taty?
- Jeśli tego nie zrobię, ona zrobi wszystko, żeby zniszczyć to co udało mi się zbudować. Powie im wszystko.
- Więc ty zrób to przed nią.
- Zrobię. 

~~~~*~~~~

- Dziewczynki! Musimy już wychodzić! - zawołała nas babcia. Sydney po raz dziesiąty poprawiła włosy mimo, że już wyglądała jak księżniczka w nowej, pudrowej, idealnie dopasowanej do jej figury sukience. Wyglądałam przy niej jak brzydki kopciuszek w szarych spodniach i czarnej, lekko prześwitującej koszuli.
Skierowałyśmy się do samochodu dziadka i ruszyłyśmy w stronę hali, w której ma się odbyć wigilijne przyjęcie.
To jest ta sama hala, w której odbyła się pierwsza randka Alice i Caluma. Teraz nie ma tu lodowiska i rzędu trybun, ale jedna, olbrzymia choinka stojąca na środku i kilkanaście ogromnych, okrągłych stołów przy, których jak zakładam siedziało po kilka rodzin. Razem z Syndey i Ashley podążyłam za dziadkami do jednego ze stołów, przy którym siedziała już cała rodzina Irwinów z Nickiem, który zbyt długo przypatrywał się starszej Brown oraz Alice wraz z mamą, babcią i jak przypuszczam bratem. To dziwnie, że przyjaźnie się z nią już parę miesięcy, a tylko raz spotkałam Toby'ego. Gdy wszyscy poznali blondynkę i jej mamę zasiadliśmy do stołu. Wszyscy zawięcie ze sobą o czymś dyskutowali nawet mała Lauren odnalazła się w temacie, ale nie ja. Jak zwykle z resztą. Ashton skutecznie unikał mojego wzroku, którego ciężko było mi od niego oderwać. Wyglądał dzisiaj lepiej niż zwykle, trzeba przyznać, że w garniturze mu do twarzy, a czarny kapelusz widniejący na jego głowie tylko dodawał mu uroku. Gdy przestałam wpatrywać się w chłopaka, który od paru dni mnie ignorował zwróciłam się do chłopaka, który siedział po mojej prawej i próbował nawiązać jakikolwiek kontakt widząc jak bardzo męczę się na tym przecudownym spotkaniu.
- Alice wspominała, że chcesz studiować na Florydzie. - zaczął skupiając całą swoją uwagę na mojej twarzy
- Tak, mam to w planach.
- Wybrałaś już jakąś uczelnie?
- Florida State University wygląda zachęcająco.
- Popieram. - powiedział, a ja posłałam mu spojrzenie, które wyrażało, że nie mam pojęcia o czym mówi - Studiuję na FSU. Alice ci nie mówiła?
- Możliwe, że coś wspominała, ale prawdopodobnie wcześniej mówiła o Calumie i się ''wyłączyłam''.
- Znam to. Gdy będziesz zaczynać studia ja będę na ostatnim roku, więc z wielką chęcią oprowadzę cię po uniwersytecie.
- Na pewno skorzystam. Dziękuję. - odpowiedziałam posyłając mu uśmiech, a w odpowiedzi dostałam jeszcze większy
- Nie ma za co. Moje ramiona zawsze stoją dla ciebie otworem. - zażartował, po czym usłyszeliśmy wymowne chrząknięcie po drugiej stronie stołu - Spokojnie Irwin. To nie było zaproszenie do łóżka. - dodał ściszonym głosem, w skutek czego pięści Ashtona zacisnęły się jeszcze bardziej, jakby to w ogóle było jeszcze możliwe
- Zbierz chłopaków. Zaraz występujecie. - zwrócił się do syna Ezra, po czym chłopak wstał ze stołu w poszukiwaniu znajomych
- Mam bardzo utalentowanego chrześniaka - stwierdził Nick, głównie kierując to do Ashley. Od przyjścia tutaj nie robił nic innego jak próbowanie jej poderwania. Niezły z niego kasanowa.
- A ja córkę. - dopowiedziała Brown
- Śpiewasz? - zwróciła się Sophia do Sydney
- Kiedyś w każde święta razem z Axl dawałyśmy mini koncert. - powiedziała ze smutkiem w głosie i doskonale wiedziałam czym on był spowodowany
- Powinnyście wystąpić po chłopakach. - wtrąciła się Alice
- To nie jest głupi pomysł. W końcu to nasza tradycja. - stwierdziła blondynka
- Tak, ale nie ma Monic - zauważyłam odczuwając tak dobrze mi znane ukłucie w sercu
- A właśnie, że jest. - powiedziała nawiązując do naszej porannej rozmowy
Chłopaki skończyli występ, my weszłyśmy na scenę. Sydney zaśpiewała, ja zagrałam na pianinie i to wszystko. Nic nadzwyczajnego. Brakowało Monic, brakowało taty. Znowu. Wróciłyśmy do stołu słuchając pochwał na temat naszego występu. Nigdy tego nie lubiłam, to zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie.
- Możemy już otworzyć prezenty? - spytała Lauren
I właśnie to nastąpiło. Wszystkim podobały się podarunki, a chwilę po tym Sydney z Alice zniknęły ze swoimi partnerami. Było dobrze, aż przyszedł czas na mój prezent... Kurs na prawo jazdy.
- Będziesz mogła jeździć sama do Chicago kiedy będziesz miała ochotę. - oznajmił dziadek, a ja spanikowanym wzrokiem spojrzałam na Ashley, która powiedziała bezgłośnie ''Spokojnie''.
- Dziękuję. - powiedziałam drżącym głosem
- Wszystko w porządku? - spytał Toby kładąc dłoń na moim ramieniu co spotkało się z piorunującym wzrokiem Ashtona, ale tym razem to zignorowałam i zwróciłam się do dziadka
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście. - odparł niepewnie wstając od stołu, zrobiłam to samo podchodząc do Ashley
- Proszę. Chodź ze mną.
- Powinnaś sama z nim porozmawiać. - stwierdziła patrząc na mnie współczującym wzrokiem
- Potrzebuję cię teraz. Muszę mu powiedzieć... wszystko. Proszę.

~~~~*~~~~
Ashton
Odkąd pan Mann i Axl wrócili do stołu atmosfera nie była miedzy nimi za ciekawa. Staruszek podobnie jak ja unikał wzroku dziewczyny, która z całych sił powstrzymywała łzy. Jak to możliwe, że nikt tego nie zauważył?
- Źle się czuję, wrócę do domu. - odezwała się ledwosłyszalnie
- Odwieźć cię? - spytał Toby powoli wstając od stołu
- Ja ją odwiozę. - zerwałem się z krzesła i podszedłem w stronę Mann, która bez słowa ruszyła w stronę wyjścia.
Do samego domu brunetki jechaliśmy w ciszy. Ona najwidoczniej nie chciała rozmawiać, a ja nie wiedziałem co powiedzieć. Zatrzymałem się na podjeździe i nie chciałem żeby wysiadała.
- Stało się coś? - spytałem
- Nie. - odpowiedziała najciszej jak potrafiła i wysiadała
- Zaczekaj! - wysiadłem za nią, a ona odwróciła się w moją stronę i spojrzała na mnie swoimi smutnymi jak nigdy oczami - Mam coś dla ciebie. - powiedziałem i podałem starannie zapakowany prezent. Razem z Hemmingsem z dwie godziny męczyliśmy się go zapakować, żeby wyglądał jak należy. Gdy Axl go rozpakowała na jej twarzy pojawił się dobrze mi znany uśmiech.
- Płyta All Time Low? - zapytała rozbawiona - Dziękuję - kolejny raz obdarzyła mnie swoim uśmiechem
- Nie ma za co. A więc... Cześć. - podrapałem się po karku i chciałem odejść
- Zaczekaj. Też coś dla ciebie mam. - powiedziała i złapała mnie za rękę prowadząc do domu
Gdy byliśmy już w jej pokoju usiadłem na łóżku, a dziewczyna szukała czegoś po szafkach. Gdy już to znalazła usiadła obok mnie wręczając zapakowany prezent. Po rozpakowaniu go ujrzałem płytę Avenged Sevefold.
- Dziękuję.
- Liczę, że przesłuchasz wszystkich piosenek.
- Liczę na to samo. - jej prześwitująca koszula strasznie mnie rozpraszała, a nie chciałem wyjść na chama, więc znalazłem jakiś temat do rozmowy - Zdecydowałaś się na grę w drużynie?
- Tak.
- Czyli będziesz grać?
- Nie. Nie mogę przykro mi. - nie ukrywam, że byłem zawiedziony
- Dlaczego?
- Kiedyś ci powiem. - znowu to samo
- Ładnie dzisiaj grałaś. - powiedziałem wskazując na pianino stojące przy ścianie - Zagrasz mi kiedyś?
- Kiedyś.
- Może do kompletu dostanę jeszcze Cobaina. - zażartowałem
- Gdy tylko ja dostanę Gunsy. - powiedziała zbliżając swoją twarz
Chwyciłem jej policzki w dłonie i przycisnąłem swoje wargi do jej. Przez krótką chwilę oddała pocałunek, przez bardzo krótką chwilę.
- Ashton...
- Przepraszam. - powiedziałem wstając z jej łóżka i kierując się do wyjścia
- Nie możesz mnie całować i wychodzić. - zatrzymałem się - Nie możesz ciągle mieszać mi w głowie. Nie możesz mówić, że nie bawisz się w związki, a później całować mnie w taki sposób. - gestykulowała rękoma podnosząc głos, a ja tylko patrzyłem - Jak to możliwe, że raz zachowujesz się jak chuj mający jakieś seks-relacje z największymi ździrami, a później być miłym chłopakiem. Nie możesz robić mi jakiś złudnych nadzieji, a później mnie zostawiać z natłokiem myśli. Kurwa, Ashton. Nie możesz mnie całować, jeżeli nie masz zamiaru bawić się w jakieś związki.
- Może właśnie chcę spróbować? - w końcu się odezwałem
- Ale ja nie chcę. - powiedziała bez wachania
- Chcesz.
- Nie. Nie chcę. Tylko mieszasz mi w głowie.
- Nie masz pojęcia co ty robisz w mojej. Nazywasz mnie chujem, a ja chcę cię pocałować. To nie jest normalne?! - podniosłem głos
- Widzisz?! Żadnemu z nas nie wyjdzie to na dobre.
- Zamknij się.
Podszedłem do niej i zaatakowałem jej słodkie wargi, ku mojemu zdziwieniu oddała pocałunek.
- Twoje usta są uzależniające. - powiedziałem na jednym tchu
Nic nie odpowiedziała, tylko chwyciła mnie za krawat i przyciągnęła bliżej znów złączając nasze usta. Chwyciłem ją w talii, a ona zarzuciła mi ręce na szyję. Całowaliśmy się zachłannie, a nasze języki tańczyły jeden, wspólny taniec. Składała mokre pocałunki na mojej linni szczęki kierując się na szyję. Popchnąłem ją lekko na łóżko, przez co oboje na nie opadliśmy. Całowałem i lizałem jej szyję i dekolt wsłuchując się w jej przyśpieszony oddech. Obróciła mnie na plecy i usiadła na mnie okrakiem. Delikatnie muskała moje usta i namiętnie całowała moją szyję. Ten kontrast był podniecający. Bardzo podniecający. Ten perfekcyjny moment przerwał dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Brunetka szybko ode mnie odskoczyła poprawiając swoją wymiętą koszulę.
- Dziadkowie wrócili. Powinieneś już iść. - powiedziała prowadząc mnie do drzwi do ogrodu.
- Do jutra. - pożegnałem się całując jej policzek
- Ash. - odwróciłem się w jej stronę - Nie zmienię zdania.
- Do jutra, Rose. - 
Tak łatwo nie zrezygnuję. Nie z niej.

~~~~*~~~~

''Jak długo mogę uciekać
od normalnych dni?
Chcę biec dziko
z moją wyobraźnią!''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie! 
Bardzo przepraszam, że tak dawno nie było rozdziału i z góry przepraszam, ale rozdział nie pojawi się też w następnym tygodniu.
Liczę na wasze opinie w komentarzach i dziękuję każdemu z osobna za pozostawiony po sobie ślad. To naprawdę motywuję.
Zapraszam na aska i twittera.
Do zobaczenia ;-]

poniedziałek, 18 maja 2015

Rozdział 15

Dlaczego to zrobił? Dlaczego mnie pocałował? Dlaczego wszystko komplikuje? Przecież mówił, że nie bawi się w związki, a całował mnie tak delikatnie. Ten pocałunek mógłby trwać wiecznie, ale nie chcę teraz kolejnych niepotrzebnych zmartwień związanych z chłopakiem. Jest 5:00 nad ranem, a ja siedzę w środku zimy na werandzie i czekając na Sydney myślę o nikim innym jak o Ashtonie. Odmarza mi każda część ciała. Gdzie jest ta irytująca blondynka z Chicago?!
Po półgodzinnym siedzeniu na drewnianej huśtawce i oczekiwaniu, na podjeździe moich dziadków zaparkowało dobrze mi znane srebne volvo, z którego wyskoczyła moja przyjaciółka i od razu rzuciła mi się na szyję.
- Jak ja za tobą tęskniłam. - szlochała mi do ucha
- Ja za tobą bardziej. - oderwałyśmy się od siebie, a ja podeszłam do starszej Brown - Cześć, Ashley.
- Hej malutka. Jak ja się stęskniłam. Nawet nie masz pojęcia jakie Chicago jest puste bez ciebie.
- No tak przecież byłam tam główną atrakcją. - zironizowałam
- Nic się nie zmieniłaś. Opowiadaj co tam u ciebie. - kontynuowała Ashley
- Opowiem później. Jest 5:30 nad ranem i na pewno jesteście zmęczone, z resztą jak też.
Zaprowadziłam Ashley do pokoju gościnnego na pietrze, a z Sydney położyłyśmy się spać w moim pokoju. Żadna z nich się wcale nie zmieniła. Ashley ma rozpuszczone, kasztanowe, zakręcone przy końcach włosy, a jej ubiór jak zawsze jest elegancki, ale i swobodny. Długie, blond włosy Sydney tym razem były związane w luźnego kłosa, a jej zgrabne ciało odziane było w czarną, rozkloszowaną spódniczkę, pudrową bluzkę włożoną do środka i krótką jeansówkę. Dopóki nie ich nie zobaczyłam nie miałam pojęcia jak bardzo za nimi tęskniłam i jak bardzo szczęśliwa jestem, że znów są przy mnie.

~~~~*~~~~

Obudziłyśmy się po 13:00 i skierowałyśmy się do kuchni, gdzie zastałyśmy siedzące przy stole moją babcię i Ashley.
- Witaj słoneczko. Jestem Abigail, babcia Axl.
- Dzień dobry. Sydney. Miło mi panią w końcu poznać.
- Skoro już wstałyście to ja mogę jechać. - odezwała się starsza Brown wstając od stołu
- Gdzie jedziesz? - spytałam
- Musze wrócić do Chicago po jakieś papiery. Przyjadę jutro wieczorem. - Ashley była asystentką mojej matki, ale gdy moja rodzicielka uciekła ze swoim kochankiem jej firma zbankrutowała, a mama Sydney straciła pracę. Natomiast teraz jest prezesem w nowej firmie z nieruchomościami.
- Ja muszę już jechać do sklepu, kochanie. Chcecie jechać ze mną? - zapytała babcia
- Nie, przejdziemy się. Chcę pokazać Sydney okolicę.
Szłyśmy uliczkami Lamar kierując się do sklepu mojej babci. Brown jak zwykle wyglądała jak modelka z okładki jakiegoś czasopisma o modzie, a ja byłam ''tą brzydszą przyjaciółką''.
- A więc jak ci się tu mieszka? - spytała blondynka
- Jest... dobrze.
- Dobrze? - pokiwałam głową - Powiedziałaś już dziadkom?
- Nie. Powiem im, ale za jakiś czas.
- Powiedź teraz. Lepiej, żeby dowiedzieli się od ciebie.
- Co to niby miało znaczyć? - zatrzymałam się na środku chodnika i czekałam na odpowiedź
- Nic, tylko...
- Tylko co?! - byłam co raz bardziej zdenerwowana
- Ostatnio widziałam Cole. A wiesz co to znaczy. Jeśli jest Cole, to gdzieś w pobliżu jest również Trevor.
- To nie ma znaczenia. Żaden z nich nie wie, gdzie jestem i wątpie, że będą mnie szukać.
- Trevor znajdzie cię wszędzie.
- Wiem, ale nie pozwolę mu wrócić kolejny raz. - westchnęłam i ruszyłam dalej - Coś ciekawego działo się w Chicago?
- Ty zawsze byłaś najciekawszym obiektem. Po twoim wyjeździe nadal tak jest. Wszyscy myśleli, że byłaś w ciąży, a po śmierci Monic i twojego taty się załamałaś i znowu wyjechałaś do jakiegoś szpitala.
- W ciąży? Serio? Nie było nic oryginalniejszego?
- To nie wszystko. Nie którzy myśleli, że to było dziecko Trevora, a inni, że Jimmy'ego i że po jego śmierci pewnie poskradałaś zmysły.
- Ludzka głupota dobija mnie co raz bardziej.
- Te plotki poszły w nie pamięć odkąd Bibi widziała cię na Silver Mobie z jakimś przystojniakiem. Z resztą nieźle załatwił ci wargę. - powiedziała i poruszyła wymownie brwiami
- Proszę, nie rozmawiajmy o Ashtonie.
- Co się znowu stało.
- Nic, znaczy nie wiem. Nie rozumiem go.
- Jaśniej proszę.
- Na Silver Mobie o mało nie pieprzyliśmy się na środku parkietu, a wczoraj całował mnie tak delikatnie, jakby bał się, że jak zrobi jeden zły ruch to mu ucieknę. Twierdzi, że nie bawi się w związki, a wysyła mi sprzeczne sygnały, przez co nie wiem jak się zachować, bo nie chcę mu robić żadnych nadzieji, skoro wiem, że na pewno nie będziemy razem.
- A skąd to niby wiesz?
- Nie chcę mieć chłopaka.
- Dlaczego?
- Bo był już Trevor, Jimmy i sama wiesz jak to się skończyło.
- Skąd wiesz, że z Ashtonem skończy się tak samo?
- Nie wiem... - ściszyłam głos i spuściłam głowę - Jesteśmy na miejscu.
Gdy przekroczyłyśmy próg sklepu zauważyłam stojącą przy ladzie Alice z Calumem. Po minie rudowłosej mogłam wywnioskować, że nie była zadowolona z tego, że przez cały wczorajszy wieczór ignorowałam jej telefony.
- Hej. - powiedziałam cicho. - To jest Sydney.
- Cześć. Ty musisz być Alice. - przywitała się blondynka - A ty to zapewne Calum. Dużo o was słyszłam
- My o tobie też. - powiedział Hood podając rękę mojej przyjaciółce
- Dlaczego wczoraj nie odbierałaś? Myślałam, że coś ci się stało. - odezwała się Johnson
- Przepraszam. Byłam z Ashtonem i nie słyszałam.
- A więc to dla ciebie wystawił nas Irwin. - stwierdził brunet
- Axl, może chcesz zrobić dzisiaj babski wieczór. Sydney przyjechała, więc może zaprosisz jeszcze Alice. - zaproponowała babcia
- Czemu nie. Przyjdziesz? - zwróciłam się do ciut mniej złej Johnson
- Tak. O której mam być?
- O 20:00. - oznajmiła Sydney
- Myślałem, że mieliśmy iść dzisiaj do kina. - odezwał się Calum
- Jak chcesz to też możesz przyjść. - powiedziałam ciszej, aby babcia nie usłyszała
- Wyraźnie słyszałem ''babski wieczór'', a z tego co mi wiadomo nie jestem dziewczyną. - powiedział tak samo cicho
- Dziadkowie biorą silne tabletki nasenne, więc po 23:00 możesz przyjść z chłopakami, tylko musicie wejść przez ogród.
- Spoko. Do zobaczenia, skarbie. - pocałował Alice i wyszedł
- Babciu, my idziemy kupić jakieś jedzenie na wieczór.

~~~~*~~~~
Ashton

- Może powinienem do niej zadzwonić? - spytałem Michaela leżącego na moim łóżku
- I co jej powiesz?
- Że... Przepraszam? 
- Nie bądź cipą. Faceci nie przepraszają za to, że pocałowali laskę. Z resztą przecież już się całowaliście.
- Ale nie tak... delikatnie. - po tych słowach oberwałem od Clifforda poduszką
- Od kiedy jesteś taką ciotą? 
- Pierdol się. Gdzie jest Calum?
- U Hemmingsa. Podobno mamy jakieś plany.
Do mojego pokoju wbiegł roześmiany Luke z Calumem na plecach, ale od razu wylądowali na podłodze, bo blondyn potknął się o próg moich drzwi.
- Idziemy na pidżama party! - wydarł się Hood
- Co ty pieprzysz? - spytał Michael
- Do Axl przyjechała przyjaciółka z Chicago i zaprosiły na noc Alice.
- No i?
- My też jesteśmy zaproszeni.
- Nie idziemy. - oznajmiłem
- Co?! Dlaczego?! - powiedzieli wszyscy troje naraz
- No weź. Nie będzie tak źle. - przekonywał mnie Michael
- O której mamy tam być? - zapytałem
- Po 23:00, czyli za jakieś 20 minut. - poinformował brunet
- Czyli idziemy? - spytał Hemming
- Możemy iść.
- Musimy jeszcze wstąpić do monopolowego. - oznajmił Hood

~~~~*~~~~

Jest 23:36, a my zmierzamy w kierunku domu Mann z dwiema siatkami procentów.
- Calum, dzwoń do Axl, żeby nas wpuściła. - powiedział Luke
- Nie dzwoń. Dziadek Axl nigdy nie zamyka drzwi od ogrodu. - oznajmiłem
- A ty skąd wiesz? - zapytał blondyn
- Pewnie nie raz miał okazję sprawdzić. - zaśmiał się Michael
- Zamknijcie się i chodźcie. - warknąłem
Weszliśmy do środka i skierowaliśmy się do pokoju Axl, który miał uchylone drzwi. Zeszliśmy po schodach i ujrzeliśmy wyłożoną na materacu Alice, a obok niej długonogą blondynkę, w krótkich spodenkach i obcisłej czarnej bluzce. Wygląda jak te dziewczyny, które zawsze zaliczam na imprezach, ale od jakiegoś czasu już nie zwracam na nie uwagi, bo myślę tylko o Rose.
- Hej, skarbie. - przywitał się pocałunkiem Calum ze swoją dziewczyną
- Hej. Jestem Sydney. - przywitała się z nami śliczna blondynka
- Michael.
- Luke.
- Ashton.
- Miło mi was poznać. Dużo o was słyszałam, a zwłaszcza o tobie. - zwróciła się do mnie
- My o tobie też. - wtrącił się Clifford, posyłając jej jeden ze swoich uwodzicielskich uśmiechów
- Sydney! Podaj mi jakąś koszulkę! - krzyknęła Axl zza drzwi łazienki. Blondynka wyjęła z szafy koszulkę i podała Mann, która wystawiła rękę z łazienki, a chwilę później z niej wyszła. Miała mokre włosy opadające na ramiona, ubrana była w szare dresy i dobrze mi znaną koszulkę, moją koszulkę, koszulkę z Cobainem. Na mojej twarzy zawitał uśmiech, a na twarzy Axl lekkie zawstydzenie. Wyglądała idealnie przyodziana w moje ubranie i z ledwo widocznymi malinkami na szyji, zrobionymi przeze mnie.  Od razu wyobraziłem sobie, że wyszła z pod prysznica w mojej koszulce po naszej upojnej nocy. W mojej głowie wymyślałem sceny jak krzyczy moje imię, jęczy w moje usta, ciągnie mnie za włosy, wbija paznokcie w moje plecy i wiję się pode mną. Moje sprośne myśli przerwał głos Luke'a.
- To nie jest koszulka Irwina?
- Właśnie, Rose. - powiedziałem z jeszcze większym uśmiechem
- Nazwałeś ją ''Rose''? - spytała Sydeny nie kryjąc zaskoczenia
- Idę po pościel. - odezwałam się Mann, gdy wszyscy mieli wlepiony w nas wzrok - Ashton, chodź mi pomóc.
Skierowałem się za nią do salonu i pomogłem jej wyjąć z szafy poduszki i kołdry. Wzięła ode mnie pościel, położyła ją na podłodze i odgarnęła włosy z twarzy. Gdy spojrzała na mnie chyba zdała sobie sprawę, że cały czas uważnie się jej przyglądam.
- Ładnie wyglądasz w mojej bluzce. 
- Dziękuję.
- Miałem nadzieję, że uda mi się ją dzisiaj zabrać.
- Jak chcesz mogę ci ją oddać, jeśli przyniesiesz mi jutro moje Gunsy. - powiedziała i zaczęła ściągać bluzkę, wiedziałem, że żartuje, ale gdy lekko odkryła brzuch od razu złapałem ją za ręce i pociągnąłem koszulkę w dół.
- Błagam... Nie rozbieraj się przy mnie. - wyjąkałem
- Co?
- Jeżeli zrobisz to jeszcze raz wezmę cię na tej kanapie i będę pieprzył tak mocno, że nie będziesz mogła chodzić i nie będę zwracał uwagi na to, że twoi dziadkowie śpią na górze, a nasi znajomi siedzą na dole i na nas czekają. - powiedziałem na jednym tchu i patrzyłem w zaskoczone oczy Mann. - Przepraszam. - szepnąłem
- Powinniśmy wrócić na dół. - powiedziała równie cicho. Odsunęła się ode mnie i chwyciła pościel leżącą na podłodze
~~~~*~~~~
Axl
Po wypiciu butelki wódki i paru piw zaczęliśmy grać w butelkę, która polegała na zadawaniu sobie głupich pytań lub zadań. Michael i Sydeny trzy razy mieli zadanie, aby się pocałować, a teraz blondynka siedzi na jego kolanach i robi to z własnej, nieprzymuszonej woli. Co mnie wcale nie dziwiło, ponieważ znam swoją przyjaciółkę od 17 lat. Tym razem kręcił Luke i padło na mnie.
- Pytanie. - powiedziałam od razu lekko bełkocząc
- Jesteś dziewicą?
- Poważnie, Hemmings? - zapytał Calum
- Nie, nie jestem. - chwyciłam butelkę i zakręciłam. Sydney.
- Pytanie. - wybełkotała na chwilę odrywając się od twarzy Clifforda
- Ile zostało czasu zanim zaczniesz się z nim pieprzyć na naszych oczach? - zapytałam sarkastycznie, ale nie niemiło.
- Nie wiele. - odpowiedziała odrywając twarz czerwonowłosego od swojej szyji, aby zakręcić butelką - Ooo, Lukey.
- Wyzwanie, słonko.
- Hmm... - Brown udawała zastanowienie i utkwiła swój wzrok we mnie. - Pocałuj Axl.
- Sydney. - ostrzegła, chociaż wiedziałam, że zrobiła to dla zabawy, a nie po to, aby zrobić mi na złość
- Z języczkiem. - dodała
- Wstawaj, mała. - rozkazał blondyn podchodząc do mnie chwiejnym krokiem. Podniosłam się lekko zataczając i podchodząc do chłopaka, który uśmiechał się cwaniacko. Chwycił mnie w talii i przysunął bliżej do siebie, a następnie zaatakował moje usta. Hemmings bez żadnego sprzeciwu z mojej strony pieścił podniebienie oraz ssał mój język. Wszystko robił bardzo gwałtownie, ale bez problemu za nim nadążałam i przez alkohol krążący w moich żyłach zaczęłam walczyć o dominację
- Gorzko! Gorzko! - usłyszałam krzyki Brown, której zawtórowała Alice
- Ash, rozluźnij szczękę, bo połamiesz zęby. - szepnął Calum i wtedy wiedziałam, że muszę zakończyć ten pocałunek. Odsunęłam się od Luke, który teraz miał na twarzy jeszcze większy uśmiech.
- Teraz jestem pewny, że nie jesteś dziewicą. - stwierdził, ale nie zdążyłam mu odpowiedzieć, ponieważ zostałam pociągnięta za ramię do łazienki. Irwin popchnął mnie lekko na pralkę, a następnie zamknął za nami drzwi na klucz.
- Co ty robisz? - zapytałam spokojnie i czułam jak wypity alkohol opuszcza moje ciało
- Dlaczego go pocałowałaś? - warknął mocno zdenerwowany
- Bo takie miałam zadanie? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie
- Ale dlaczego ''TAK'' go pocałowałaś?!
- Jak?!
- Tak jak powinnaś całować mnie. - szepnął
- Jesteś zazdrosny? - zapytałam z lekkim rozbawieniem zakładając ręce na piersi
- Tak! Kurwa, tak! - krzyknął przez co nie było mi do śmiechu
- Wszystko w porządku? - usłyszałam zmartwiony głos Alice
- Tak! - warknął szatyn stojący na przeciwko mnie
- Axl! - tym razem była to Sydeny, ale bardziej zdenerwowana niż zamrtwiona
- Tak. Zaraz przyjdziemy. - powiedziałam i zwróciłam się do chłopaka - Nie powinieneś być zazdrosny. Nie jesteśmy nawet razem.
- Boże, Rose... - zrezygnowany pokręcił głową - Dlaczego jesteś tak bardzo ślepa? - wyszedł zostawiając mnie samą z kolejnym natłokiem myśli

~~~~*~~~~

''Najczęściej poruszają nas słowa,
które ktoś powiedział niechcący,
gdy nie o tym myślał 
i nie o to mu chodziło...''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Witajcie!
Mam do was dwie sprawy.
1. Chcielibyście, abym założyła aska (abyście mogli zadawać pytania odnośnie opowiadania i lepszego poznania mnie) oraz twittera (gdzie pojawiały by się informację odnośnie terminów pojawiania się rozdziałów i mini spoilery)?
2. Bardzo przepraszam, że dodaje tak późno, ale byłam na wyjeździe i wróciłam w sobotę w nocy i w dodatku rozcięłam sobie palec przez co ciężko mi się pisze na klawiaturze. 

Jak podoba wam się rozdział? Jak zawsze liczę na wasze opinie w komentarzach.
Do zobaczenia ;-]

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 14

Całą noc płakałam. Wiem, że chłopcy mieli rację i śmierć Jimmy'ego nie była moja winą. Więc dlaczego czuję się winna? Jeszcze nigdy nie wyglądałam tak źle jak dzisiaj. Nie mówię już o opuchniętych od płaczu oczach, ale o opuchniętej dolnej wardze i dekolcie pokrytym mnóstwem malinek. Jak ja mam to wszystko zakryć?
Po krótkim, orzeźwiającym prysznicu wory pod oczami i sinika pod wargą zakryłam korektorem, a oznaczony dekolt pokrył puder, który nie wykonał swojego zadania jak powinien i czerwone ślady wciąż były widoczne. Ubrałam czarne rurki, trampki i bluzkę z długim rękawem i małym dekoltem, a na to długi, szary sweterek. Włosy przerzuciłam przez ramiona.
Alice zabrała mnie z przed domu i nie obyło się bez pytań o mój dzisiejszy wygląd. Rudowłosa nie uzyskała odpowiedzi, gdyż zgrabnie zmieniłam temat i teraz słuchałam jak dokładnie przeminął sobotni bal.
Pierwsze lekcje minęły w mgnieniu oka i teraz siedziałam na stołówce z Johnson, jej chłopakiem i Michaelem, którzy ciągle pytali jak było na Silver Mobie.
- Ale co to znaczy dobrze? - dopytywał Calum
- Sądząc po jej szyji i tym, że Irwin wciąż nie przyszedł, musieliście spędzić upojnie chwilę - stwierdził Clifford, a ja momentalnie poprawiłam włosy
- Ashton ci to zrobił? - spytała zaskoczona Alice, wskazując na czerwone ślady, nie uzyskała odpowiedzi
- Ta warga to też jego robota? Co? Ugryzł cię? - zapytał rozbawiony czerwonowłosy i kolejny raz nie uzyskał odpowiedzi - Zaraz się dowiemy, skoro ty nic nie mówisz. - powiedział i wskazał głową za mnie. W naszą stronę zmierzał nikt inny jak Irwin. Nawet stąd mogłam dostrzec malinki na jego szyji i obojczykach, nie starał się ich nawet zakryć, wręcz przeciwnie - z dumą je eksponował. Gdy był już przy naszym stoliku i zauważył, że się mu przyglądam, posłał mi cwaniacki uśmieszek.
- Michael miał rację. Musieliście dobrze wykorzystać czas na Silver Mobie. - odezwał się Calum
- Ale jednego nie rozumiem. Sądziłem, że umiesz się całować, a tym czasem rozwaliłeś Axl całą dolną wargę. - dopowiedział Clifford, ale nie usłyszał żadnego słowa od Ashtona, który wciąż patrzył na mnie. Chwilę, w której oboje się w siebie wpatrywaliśmy przerwał ktoś szturchający mnie w ramię.
- Przepraszam. Axl Mann? - spytał przystojny nieznajomy
- Tak, a o co chodzi?
- Jestem Mr. White*. Nowy nauczyciel literatury. - wyjaśnił - Chciałbym porozmawiać z tobą o twoim wypracowaniu na temat ''Skąpca''*.
- A co z nim nie tak? - zabrzmiało to niezbyt miło, chociaż nie było to moim zamiarem
- Nic, jest intrygujące i chciałbym z tobą o nim porozmawiać. Mogłabyś zgłosić się do mnie po przerwie świątecznej?
- Nie ma problemu. - oznajmiłam z uśmiechem, który on odwzajemnił i odszedł - To jest nowy nauczyciel? - spytałam Alice nie kryjąc zaskoczenia
- Przystojny, prawda?
- Nie wydaje mi się. - wtrącił się Ash
- Właśnie. - zawtórował mu Hood
Naszą krótką wymianę zdań przerwała Paige wraz ze swoją świtą.
- Hej Aszti. - zaćwierkotała
- Idź stąd, Paige. - powiedział Michael, ale dziewczyna go zignorowała i zwróciła się do mnie. Spojrzała na moją szyję, a później na Irwina. Chyba połączyła fakty, bo obdarzyła mnie nienawistnym spojrzeniem i przemówiła.
- Najpierw dobierałaś się do mojego brata, a teraz do Ash'a. - stwierdziła i odwróciła się do chłopaka - Pamiętaj, że ona nigdy nie sprawi ci takiej przyjemności jak ja. - powiedziała i powtórnie zwróciła się do mnie - Nie sądziłam, że jesteś taką ździrą.
- Tobie nigdy nie dorównam. - odpowiedziałam z uśmiechem, a taca, na której znajdowała się odkręcona woda i jakaś sałatka, którą trzymała brunetka wylądowała na mnie - Suka. - burknęłam pod nosem, na tyle głośno, aby mogła to usłyszeć.
- Dziwka. - odpysknęła
- Idę do łazienki. - poinformowałam Alice i wyszłam ze stołówki, po drodze strzepując z siebie listki sałaty. Woda, którą zostałam oblana zmyła cały puder i malinki na moim ciele były teraz o wiele bardziej widoczne. Patrząc w lustro wygrzebywałam z włosów sałatę, gdy drzwi łazienki się otworzyły, a w nich stanął Mr. White wchodząc głębiej do pomieszczenia.
- Co się stało? - spytał stając tuż za mną. Odwróciłam się do niego i posłałam mu mały uśmiech
- Mały wypadek.
- Mam nadzieję, że na stołówce nie trwa właśnie jakaś wojna na jedzenie.
- Nie ma się czym martwić. Tylko ja ucierpiałam.
- Masz bardzo czułego chłopaka. - stwierdził wskazując na mój dekolt
- Nie mam chłopaka. - po tych słowach uświadomiłam sobie co on może sobie teraz o mnie myśleć. - To nie tak. Ja...
- Rozumiem. - oznajmił rozbawiony - Całkiem niedawno też byłem nastolatkiem.
- Nie wątpię. - dodałam cicho, ale sądząc po jego uśmiechu wiedziałam, że to usłyszał
- Masz jeszcze trochę sałaty we włosach. - przeczesałam włosy ręką, próbując zrzucić zieleninę - Zaczekaj. - odsunął moją rękę i sam przybliżył swoją starając się pozbyć rośliny. W tym samym czasie w drzwiach stanął Ashton, a na widok nauczyciela jego dłonie zacisnęły się w pięści.
- Zabieraj od niej łapy! - warknął podchodząc do mężczyzny niebezpiecznie blisko
- Spokojnie. Starałem się tylko pomóc... - wypowiedź Mrs. White'a przerwał cios Irwina wymierzony w twarz nauczyciela. Mężczyzna zachwiał się, a chłopak wybiegł z łazienki.
- Zaprowadzę Pana do pielęgniarki. - powiedziałam spanikowana, pomagając mu utrzymać się na nogach
- Nie trzeba. Jest dobrze.
- Na pewno? - mężczyzna pokiwał twierdząco głową, a ja wybiegłam z pomieszczenia w poszukiwaniu Ash'a. Znalazłam go przed szkołą, kierującego się do swojego samochodu
- Ashton! - krzyknęłam, ale nie zareagował - Ashton! Do cholery! - podbiegłam do niego, a on się do mnie odwrócił, w jego oczach wyraźnie było widać złość
- Czego?! - warknął
- Uderzyłeś nauczyciela i ty się jeszcze pytasz czego?!
- Dobierał się do ciebie! - krzyczał podchodząc blizej
- Nie prawda.
- Gdybym jak robił coś takiego już dawno dostałbym po łapach!
- To jest nauczyciel! Nie powinieneś tego robić! - krzyczałam, a on się odwrócił i szedł przed siebie. Gdy złapałam go za nadgarstek, wyrwał się i przyśpieszył. Wyrzuciłam swoje ręce do góry w geście frustracji i wróciłam do szkoły. Przerwa już dawno się skończyła, więc skierowałam się do sali matematycznej, przeprosiłam za spóźnienie i usiadłam obok Hemmingsa.
- Słyszałem, że Ash nieźle przywalił temu nowemu belfrowi. - odezwał się blondyn
- Pomagał mi wyciągnąć sałatę z włosów, a Irwin rzucił się na niego pięściami.
- Nie dziwie mu się.
- Co?
- Oznaczył cię. - powiedział wskazując na malinki - Nic dziwnego, że wkurzył się jak jakiś inny gość zaczął cię dotykać.
- To i tak go nie usprawiedliwia.
- Widzimy się dzisiaj?
- Nie. Jestem u babci w sklepie, a z resztą Sydney przyjeżdża rano.

~~~~*~~~~

Jestem w tym cholernym sklepie i wieszam te cholerne ubrania. Jeszcze tylko 30 minut i będę mogła zakopać się w moim łóżku z laptopem na kolanach. Przez cały dzień próbuję odpychać od siebie myśli o Jimmy'm, w dodatku Irwin podniósł moje ciśnienie swoim zachowaniem.
Do moich uszu dobiegł dźwięk dzwoneczka wiszącego nad drzwiami wejściowymi sklepu. Skierowałam tam swoją głowę i ujrzałam Sophie, a za nią Ashtona i momentalnie odwróciłam wzrok.
- Axl! Podejdź tu. - zawołała mnie babcia. Stanęłam obok Irwina - Możesz już iść do domu. Razem z Sophia musimy pozałatwiać parę rzeczy. 
- Okej. - odpowiedziałam i wzięłam swoją torebkę zza lady
- Ashton cię odwiezie. - oznajmiła Sophia, gdy stałam już przy drzwiach. Spojrzałam na chłopaka, który wzrok wciął miał wlepiony w końcówki swoich butów. Po chwili ruszył się z miejsca idąc w moja stronę i nawet nie obdarzając mnie spojrzeniem, wsiadł do samochodu.
Jechaliśmy w ciszy przez dobre 10 minut, aż w końcu postanowiłam się odezwać.
- Powiesz mi w końcu co w ciebie dzisiaj wstąpiło?
- Nie. - odpowiedział krótko i znów zapadła cisza
Po kilku następnych minutach chłopak się zatrzymał, a ja nie miałam zamiaru ruszać się z miejsca, przez co w końcu obdarzył mnie spojrzeniem.
- Nie wysiądę z tego samochodu dopóki nie wyjaśnisz mi tego co się dzisiaj stało. - oznjamiłam
- W porządku. - powiedział wciąż patrząc na mnie
- Mówię poważnie.
- Dobra. To chcesz gdzieś jechać, czy będziemy tak stać na podjeździe twoich dziadków?
- Nie wiem. Ty mieszkasz tu dłużej. Zabierz mnie w jakieś fajne miejsce.
Ashton nic nie odpowiedział tylko zaczął jechać w nieznanym mi kierunku.

~~~~*~~~~
Ashton

Zatrzymałem się na skraju małego lasku, a zdezorientowanie na twarzy Axl, tylko mnie rozbawiło. Sięgnąłem po skórzaną kurtkę z tylnego siedzenie i podałem dziewczynie, która wzięła ją niepewnie.
- Po co mi to? - spytała 
- Po prostu załóż, bo będzie ci zimno.  - wysiadłem z samochodu i czekałem, aż to samo zrobi brunetka. Wyglądała komicznie w mojej, za dużej na nią skórze.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała podchodząc do mnie
- Zobaczysz. - powiedziałem i skierowałem się w głąb lasu, Mann nie zrobiła tego samego - Idziesz?
- Nie wejdę z tobą do lasu w nieznanym mi celu, gdy jest ciemno.
- Jeśli wolisz zostać tutaj, nie ma sprawy. - oznajmiłem i kierowałem się dalej
- Zaczekaj! - krzyknęła i w mgnieniu oka znalazła się przy mnie, przyklejona do mojej ręki
Szliśmy jeszcze chwile, aż naszym oczom ukazał się stary domek na skraju klifu, z którego widać było całe Lamar.
- Zaprowadziłeś mnie do jakiegoś opuszczonego domu? - spytała stąpając z nogi na nogę
- Nie jest opuszczony.
- To czyj jest?
- Mój.
- Twój? - nie kryła swojego zaskoczenia
- Tak, mój. - patrzyła na mnie, domagając się dalszych wyjaśnień - Mój dziadek przepisał go na mnie.
Wszedłem do domu, zapalając starą, małą żarówkę, która oświetlała wnętrze. Dom nie jest duży, ale nie jest też mały. Posiada trzy pokoje, salon z kuchnią, łazienkę i werandę, z której można obserwować całe miasteczko.
- Co zamierzasz z nim zrobić? - spytała Mann stając obok mnie na werandzie, po zwiedzeniu w milczeniu całego domu
- Wyremontować i zamieszkać. - odpowiedziałem nie spuszczając wzroku z panoramy Lamar
- A kiedy zamierzasz to zrobić?
- Jak tylko skończę studia.
- Jesteś w ostatniej klasie, wiesz już gdzie będziesz studiować?
- Jeśli uda mi się przyzwoicie napisać egzaminy końcowe to prawdopodobnie w Norwegii.
- Daleko... - zauważyła
- Mają tam dobra drużynę koszykarską, gdybym się dostał mógłbym z nimi grać. Z resztą nic mnie tu nie trzyma. - przeniosłem swój wzrok na Axl, która swoimi zielonymi oczami skanowała całą moją twarz - A ty? Wiesz gdzie chcesz studiować?
- Mam jeszcze rok, ale zastanawiam się nad Florydą.
- Kim był dla ciebie Jimmy? - wypaliłem sam nie wiedząc czemu, ale nie zdziwiło jej to pytanie
- Kiedyś ci wszystko powiem, ale nie teraz. - oznajmiła kładąc swoją dłoń na mojej - Czemu uderzył White'a? - na to pytanie odwróciłem się od niej plecami jak małe, obrażone dziecko - Ashton! - stanęła przede mną. Tak bardzo podoba mi się jak wymawia moje imię.
- Dobierał się do ciebie.
- Nie prawda.
- Czemu go bronisz?!
- Nie bronię. Po prostu... Nie ważne. To jednak nauczyciel nie powinieneś go bić.
- Nic mu nie będzie.
- Nie chodzi mi o niego, tylko o ciebie. - powiedziała patrząc mi w oczy i łapiąc za ramiona, abym skupił na niej swoją uwagę - Wiesz jakie możesz mieć przez to problemy? 
- Nie obchodzi mnie to.
- Ale mnie tak. Proszę, obiecaj mi, że go przeprosisz po świętach.
- Dobierał się do ciebie.
- Ash...
- Nie zakrywaj ich. - powiedziałem odrzucając jej włosy zasłaniające jej szyję i dekolt, które ozdobione są śladami świadczącymi o tym, że znajdowały się tam moje usta. Nie mogłem się oprzeć i musnąłem jej szyję moimi ustami. Spojrzałem na nią, chwyciłem w dłonie jej policzki i przycisnąłem swoje wargi do jej. Delikatnie muskałem jej usta, swoje ręce przeniosła na moją szyję, złapałem za końcówki mojej kurki, którą miała na sobie i przyciągnąłem bliżej do sobie, po czym ułożyłem swoje dłonie na jej biodrach. Moje serce biło w niebezpiecznie szybkim tempie, żadne z nas nie pogłębiało pocałunku, a mimo to był perfekcyjny. Nieśmiało muskaliśmy nawzajem swoje wargi. Było świetnie, ale pragnąłem więcej, przejechałem językiem po jej dolnej wardze, pragnąć o dostęp, ale spotkałem się z syknięciem z bólu, z jej strony. Oderwała się ode mnie, wciąż trzymając swoje ręce na mojej szyji i patrząc mi prosto w oczy. 
- Jest już późno. - powiedziała tak cicho, że prawie nie usłyszałem. Swoje dłonie zsunęła po moim torsie, przez co przez całe moje ciało przeszedł dreszcz. Moje ręce wciąż trzymały jej biodra i nie miały w zamiarze puścić. Przybliżyłem się do niej i złożyłem pocałunek na jej wargach. Usta Rose są chyba najsłodszą rzeczą na świecie. Ten pocałunek również należał do tych delikatnych i przez chwilę go odwzajemniała, ale gdy moje ręce zaczęły błądzić po jej plecach, co chwilę zahaczając o skrawki jej bluzki i muskając nagą skórę znów się ode mnie odsunęła.
- Zawieź mnie do domu. - odeszła i sama zaczęła kierować się w stronę lasu, do którego nie chciała wejść. Przeczesałem dłonią włosy, ciągnąc za ich końcówki. Zerknąłem na zegar w telefonie, który wskazywał grubo po dwudziestej trzeciej. Dlaczego kurwa ja zawsze muszę zniszczyć coś tak idealnego?!

~~~~*~~~~

''Najpiękniejsza chwila w ciągu dnia?
Północ...
Bo tylko wtedy nie ma dzisiaj,
a jutro jeszcze nie nadeszło.''

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*Mr. White 
* ''Skąpiec'' - książka napisana przez Moliera

Witajcie!
Jak podoba wam się rozdział?
Bardzo przepraszam, ze dodaje go tak późno.
Liczę na komentarze z waszymi opiniami.
Do zobaczenia ;-]